<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/">
<channel>
<title>Stachu-Przybyszewski.pl RSS</title>
<link>http://stachu-przybyszewski.pl</link>
<description><![CDATA[Kanał RSS artykułów serwisu Stachu-Przybyszewski.pl
]]></description>
<language>pl</language>
<pubDate>Sun, 20 May 2012 02:34:38 +0200</pubDate>
<item>
<title>
Autoplotka w służbie autokreacji. Casus Przybyszewskiego</title>
<link>
http://stachu-przybyszewski.pl/artykuly/7-Autoplotka-w-sluzbie-autokreacji-Casus-Przybyszewskiego.html</link>
<pubDate>
Fri, 30 Mar 2012 18:56:45 +0200</pubDate>
<description><![CDATA[
<p align="JUSTIFY">„Jak to! Nie wybiera się pan na odczyt?… – Podobno biletów już nie ma!… – Co! Muszę dostać się do sali, choćby przemocą! – Czy prawda, że Przybyszewski będzie jedną ręką grał, a drugą mówił o Chopinie?…” – takim niesamowitym plotkom krążącym na temat „mistrza wiedzy diabolicznej” w roku 1899 przed jego zakopiańskim odczytem o „Metamuzyce” Chopina dawał wyraz Antoni Sygietyński. Tajemnicze, budzące dreszcze zjawiska – łącznie z obecnością diabła – zachodzić miały podczas samego odczytu: „Sala ledwie pomieścić mogła słuchaczów. Był też i pies wielki, kudłaty. A może to nie pies? Góral-odźwierny porał się z nim długi czas nadaremnie. Co go wyrzucił za drzwi jedną połową, to on wracał drugą. Dopiero gdy wsiadł nań oklep, pies puścił się przez przysionek pędem i potem obaj znikli w wszechprzestrzeni. Niezawodnie był to bies, a przynajmniej nad-pies”<sup><a href="#sdfootnote1sym"><sup>1</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">Plotek, a więc niesprawdzonych informacji zdradzających szczegóły z prywatnego życia, rozpuszczano o Przybyszewskim co niemiara. Czegóż to o nim nie mówiono! Że śpi pod czarną kołdrą i na poduszkach z czarnej krepy, że odprawia msze satanistyczne i nocne bachanalia, że w krakowskim mieszkaniu przy Karmelickiej trzyma „foetusy z olbrzymimi głowami”, a lokatorów budzi obrazoburczymi pieśniami, wreszcie – że nieustannie otaczają go opary alkoholu i kadzidlany dym, że hipnotyzuje wzrokiem, a telepatyczną siłą potrafi ściągnąć każdego w upatrzone miejsce. Zasłyszane i wyolbrzymiane przez kolejnych nadawców treści trafiały na podatny grunt warunkujący rozwój plotki: przekazywane były w zamkniętej, bo w zasadzie ograniczonej do Galicji przestrzeni, ich bohater tkwił w tym samym co ich autorzy środowisku, był postacią znaną, co więcej – spotykaną na ulicy, w kawiarni, redakcji. Kraków był miastem wyjątkowo plotkogennym – wiadomości krążyły tu nie tyle dzięki prasie, co wieści ustnej, nowince towarzyskiej, niemilknącej famie. „Stasinek” Sierosławski, oceniając Kraków końca XIX wieku, wspomina, że przejawem jego prowincjonalności była „pantoflowa poczta: wiadomości, opinie, sądy krążyły tutaj z ust do ust, prasa codzienna odgrywała właściwie, jako źródło informacyjne, bardzo nikłą rolę”<sup><a href="#sdfootnote2sym"><sup>2</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">O żywym zainteresowaniu Stanisławem Przybyszewskim świadczą peryfrazy, jakimi zastępowano w Młodej Polsce jego nazwisko. Mówiono o nim „genialer Pole”, polski poète maudit, smutny szatan, wódz bohemy, archicygan, budziciel duszy, arcykapłan synagogi szatana, wielki dziennikarz metafizyki, wielki Mag, krakowski Mesjasz<sup><a href="#sdfootnote3sym"><sup>3</sup></a></sup>. Niewiele przesady jest w słowach, że „[…] gdyby po jednej stronie ulicy szedł Chrystus, a po drugiej Przybyszewski – to wszyscy ludzie patrzyliby na Przybyszewskiego”<sup><a href="#sdfootnote4sym"><sup>4</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">[…] o Przybyszewskim rozpuszczano najrozmaitsze plotki, a im plotka była skandaliczniejsza, tym bodaj przyjemniejsza dla Przybyszewskiego. […] Przybyszewski wiele robił, ażeby o nim chodziły gadki między zwykłymi śmiertelnikami. Fama zaś pomnażała wybryki Przybyszewskiego i przekształcała go w jakąś potęgę demoniczną, uwodzącą młodzież i ją rozpijającą, nadużywającą łatwowierności kobiecej. Mefistofeles, Don Juan, Faust, ba! kogo jeszcze więcej nie utożsamiano z Przybyszewskim.</p>
<p align="JUSTIFY">– wspominał po latach Ludwik Krzywicki<sup><a href="#sdfootnote5sym"><sup>5</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">O autorze <em>Requiem aeternam</em> mówili i pisali prawie wszyscy: znawcy literatury i ignoranci, ludzie, którzy zetknęli się  z nim osobiście lub tylko słyszeli plotki, przyjaciele i wrogowie. Mało kto – zarówno spośród najznamienitszych piór epoki, jak i zwykłych pismaków – nie zabierał głosu na jego temat. Nic dziwnego, że artysta skazany był na sądy przypadkowych krytyków, pamiętnikarzy i pseudoliteratów, kierujących się osobistymi sympatiami i animozjami. Na przykład obraz Przybyszewskiego jako alkoholika kreującego w dziełach rzeczywistość obłędu i choroby utrwalił w pierwszej monografii poświęconej pisarzowi Józefat Nowiński, za którego – podstępem wyłudzone – pieniądze Stach ze sproszonymi kompanami ucztował na chrzcie córki Iwi. „Kto wie, jaką książkę napisałby Nowiński, gdyby się wtedy z Przybyszewskim zaprzyjaźnił?” – zastanawia się autor studium o legendzie Przybyszewskiego Józef Dynak<sup><a href="#sdfootnote6sym"><sup>6</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">Sile ekspresji zarówno pomówień, jak i apologii i peanów na cześć młodopolskiego pisarza ulegali nawet historycy literatury. Utwory Przybyszewskiego jeszcze za życia autora skazane zostały na literacki niebyt w procesie, w którym poszlaki – w rodzaju emocjonalnych oskarżeń o „ruję i poróbstwo” oraz „zrobaczoną zmysłowość” – funkcjonowały zamiast rzetelnych naukowych dowodów. Opatrzone fiszką „gorszące i manieryczne” wypadły z czytelniczego obiegu. Osiemdziesiąt pięć lat po śmierci autor <em>Śniegu</em> nadal bywa postrzegany poprzez stereotypowy wizerunek dekadenta, cygana i satanisty.</p>
<p align="JUSTIFY">Grunt dla plotek i legendy przygotowany został już podczas dziewięcioletniego pobytu pisarza w Berlinie, gdzie Przybyszewski – jak wielu Polaków – wyjechał w 1889 roku z zamiarem podjęcia studiów architektonicznych (porzucił je zresztą po roku dla medycyny). Jego wizerunek kształtowały w tym okresie między innymi pełne napięć romanse, bulwersujące nawet środowisko literackie. Tajemnicą poliszynela był jego nieformalny, utrzymywany w tajemnicy przed rodziną i owocujący trojgiem nieślubnych dzieci związek z Martą Foerder, nieprzerwany mimo zawarcia małżeństwa ze zjawiskowo piękną, adorowaną przez wielu Norweżką Dagny Juel, która dość ostro namawiała męża do porzucenia „bandyckiej narzeczonej”<sup><a href="#sdfootnote7sym"><sup>7</sup></a></sup> (drugie dziecko z Foerderówną przyszło na świat trzy miesiące po ślubie pisarza z Duchą, trzecie poczęte zostało prawdopodobnie wtedy, gdy podczas pobytu żony w Kongsvinger u rodziców Przybyszewski zamieszkał na pewien czas z dawną kochanką). Na opinii pisarza zaważyła negatywnie skandaliczna, zagadkowa śmierć Marty, która – będąc prawdopodobnie w kolejnej ciąży – otruła się w 1896 roku, świadoma, że Przybyszewski nigdy nie opuści dla niej żony. Pisarz został aresztowany jako moralny sprawca tragedii, spędził w więzieniu dwa tygodnie i choć go uniewinniono, berlińscy znajomi odsuwali się od niego, a fali plotek nie udało się powstrzymać. Echa tych wydarzeń docierały i do Polski, zwłaszcza tuż przed powrotem „smutnego szatana” do kraju, gdzie jesienią 1898 roku objął redakcję słynnego krakowskiego „Życia”. Tajemniczość terminującego w Niemczech Przybyszewskiego potęgowały – poza ważną dla mitu artysty burzliwą młodością – zainteresowania demonologiczne skutkujące publikacją <em>Synagogi szatana</em> oraz przynależność – obok takich znakomitości jak Edward Munch czy August Strindberg – do berlińskiej cyganerii zbierającej się w winiarni Pod Czarnym Prosiakiem.</p>
<p align="JUSTIFY">Prawdziwe skandale, którymi żyła galicyjska społeczność, miał przynieść dopiero okres między czerwcem roku 1899 a 1901. Dwa burzliwe lata w życiu Przybyszewskiego naznaczyły kolejno: prowadzone jednocześnie romanse z żoną Jana Kasprowicza oraz malarką Anielą Pająkówną, rozstanie ze zrozpaczoną Dagny, która także postarała się o towarzystwo kochanka, pozorne pojednanie małżonków, wreszcie śmierć żony, zastrzelonej przez Władysława Emeryka. Owe dwa lata wyjątkowo silnie zaważyły na biografii pisarza, kształtując jego wizerunek skandalisty, mimo iż plotki stopniowo cichły, zwłaszcza po zawarciu przez Przybyszewskiego w 1905 roku małżeństwa z Jadwigą Kasprowiczową, trzymającą dom twardą ręką i żądającą od artysty regularnych dochodów, jakie zapewnić mogła produkcja literacka.</p>
<p align="JUSTIFY">Póki co wracał jednak autor do Krakowa w nimbie sławy, jaką przyniosły mu dobrze przyjęte na gruncie niemieckim pierwsze utwory (w tym poemat <em>Totenmesse</em><sup><a href="#sdfootnote8sym"><sup>8</sup></a></sup>), i z przyłataną mu przez Strindberga etykietą „genialnego Polaka”. Entuzjastyczne powitanie było dużą zasługą samego Przybyszewskiego, który przygotowywał rodaków na swój powrót, tak się zawczasu anonsując:</p>
<p align="JUSTIFY">Jestem Polakiem krwią i duszą. Kocham naród polski nade wszystko, ale pod względem sztuki nie wiem, co naród lub ludzkość znaczy. Piszę po niemiecku, bo to język znany w całej Europie, a ta garstka ludzi, która mnie czyta i rozumie, rozrzucona po całej Europie. Dowodem tego, że na przykład Niemcy mnie bojkotują, a za to wielkim uznaniem cieszę się w Czechach i Danii. Zresztą nie znalazłbym w Polsce nakładcy, a chociażbym znalazł, toby wszystko skonfiskowano. W Rosji wszystko zakazane, a w Austrii skonfiskowano niedawno cały nakład czasopisma „Zeit”, bo się pojawiła krytyka o moich <em>Wigiliach</em> […]. Teraz nawet w Niemczech nie mogę znaleźć nakładcy, bo każdy się obawia moje ostatnie rzeczy drukować. Myślę się przenieść do Francji i spróbuję pisać po francusku<sup><a href="#sdfootnote9sym"><sup>9</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">Przybyszewski świadomie manipulował faktami, by dodać sobie splendoru i wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Na przestrzeni zaledwie kilku zdań donosił o swoich związkach aż z siedmioma krajami, umiejętnie wplatając pod koniec wiadomość o żonie Norweżce. To musiało imponować artystom z prowincjonalnego bądź co bądź Krakowa. Pod pozorem czystej informacji chwalił się autor odwagą swych pism i sugerował – nie ma wątpliwości, że na wyrost – iż równie doskonale poradziłby sobie z twórczością w języku francuskim. Interesujące, że 28-letni Przybyszewski zręcznie kreował się jednocześnie na obywatela świata i patriotę, i taki swój wizerunek podtrzymywał wszystkimi siłami do końca życia.</p>
<p align="JUSTIFY">Cytowany list spełniający rolę podkoloryzowanego konterfektu wysyłanego przyszłej oblubienicy to jeden z pierwszych wyraźnych tekstów autoreklamowych Przybyszewskiego. Nie ma wątpliwości, że pisarz sam był autorem funkcjonującej do dziś legendy o sobie. Podlegał plotkom, ale i sam je tworzył. Kształtował swój wizerunek wedle własnej woli i chęci, rozsiewając informacje wymykające się weryfikacji, lecz wsparte prestiżem nadawcy. Czynił to w listach, krakowskich manifestacjach obyczajowych i artystycznych, odczytach o Kasprowiczu i Chopinie, a przede wszystkim w pisanych pod koniec życia autobiograficznych <em>Moich współczesnych</em>, których pierwszy tom ukazał się rok przed śmiercią, drugi – trzy lata po śmierci pisarza. Plotka w wydaniu Przybyszewskiego wyraża się choćby skłonnością do autointerpretacji własnych utworów i własnej osoby, artykułującą się również w polemicznych utarczkach z krytykami i komentatorami życia i twórczości.</p>
<p align="JUSTIFY">Choć w przypadku autora <em>De profundis</em> od początku istotnym źródłem informacji były jego osobiste wyznania – oraz dzieła literackie traktowane jako kolejne sensacyjne autobiografie – bezkrytycznie wierzyć mu nie sposób. Przybyszewski przetykał prawdę konfabulacją, a przyparty do muru to sobie zaprzeczał, to uciekał się do wybiegów logiczno-erystycznych, przekonując np., że kłamstwo jest w życiu czynnikiem zbawiennym, waloryzowanym wyżej niż prawda. Stąd jego bohaterowie oscylują między imperatywem prawdy a chroniącym przed cierpieniem i podtrzymującym iluzję fałszem. „Kto nie umie kłamać, ten niech milczy, milczy…” – radzi Ruszczyc w jednym z najsłynniejszych dramatów „mistrza” – <em>Złotym runie</em>.</p>
<p align="JUSTIFY"><em>Moi współcześni</em> to dziwny dokument. Swoista spowiedź, w której autokreacja i dyplomacja przeważa nad szczerością. Dowód, że pisarz do końca pragnął podsycać zainteresowanie swoją osobą; że realizował postulat twórczego kreowania własnego życia jako równoprawnego sposobu wypowiedzi literackiej. Znamienne, że choć tytuł książki wskazywałby na tekst poświęcony ludziom, z którymi autor zetknął się w czasie swego życia, to Przybyszewskiemu bliżej do postawy introspekcji i wyznania dostrzegalnej zwłaszcza w <em>journal intime</em> niż do postawy świadka, wyraźnej we wspomnieniach i pamiętnikach<sup><a href="#sdfootnote10sym"><sup>10</sup></a></sup>. Pisarz wycisza przekaz faktów, a wyraźniej akcentuje to, co osobiste. Dokonuje introspekcyjnego wglądu, skupia się na rzeczywistości myślowej, na lekturach i doznaniach duchowych, na swoim świecie wewnętrznym. Takie introwertywne pisanie bywa zaś – jak twierdzi Małgorzata Czermińska – rodzajem autoterapii i autokreacji; studiowanie własnego ja przeradza się w świadome pozowanie. Narracja staje się dla Przybyszewskiego aktem reinterpretacji własnej egzystencji. Nie ma wątpliwości, że <em>Moi współcześni</em> to rodzaj autobiografii, tę zaś – jak pisze Northrop Frye w <em>Anatomy of Criticism</em> – „inspirują bodźce twórcze i w konsekwencji imaginacyjne, popychające pisarza do uchwycenia tylko tych wydarzeń i doświadczeń własnego życia, które pozwolą mu podporządkować całość wzorcowi dobrze uporządkowanemu. […] Wzorzec ten może oznaczać coś, co przekracza indywiduum i z czym autor usiłowałby się identyfikować lub po prostu spójność jego osoby z jego postawami”<sup><a href="#sdfootnote11sym"><sup>11</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">Autokreacji w wydaniu Przybyszewskiego blisko do autopromocji. Pisarz stara się zburzyć nieprawdziwe – jak twierdzi – wyobrażenia o sobie, rozlicza się z postaw i poglądów. Zaczynając od dzieciństwa, przedstawia historię swego życia podzielonego na dwa etapy: do czasów berlińskich (cz. I <em>Wśród obcych</em>) i po powrocie do kraju (cz. II <em>Wśród swoich</em>). Przedstawia ją – powiedzmy od razu – bardzo selektywnie. Bez dat i wielu istotnych dla jego biografii wydarzeń, jak choćby romanse i małżeństwa, o których inni plotkowali najchętniej, zgodnie zresztą z typową dla plotki tendencją do <em>chronique scandaleuse</em>, czyli uwypuklaniem sensacji erotyczno-finansowych. Dzięki zamierzonej dyskrecji uczuciowej usiłował Przybyszewski wyciszyć famę o niemoralnym prowadzeniu się, nakierować uwagę czytelników na inne obszary swego życia; jawił się jako człowiek potrafiący wznieść się poza namiętności, skupiony na sferze ducha. Opowiadając o sobie, podjął bardzo swobodną wędrówkę pośród mnogości problemów egzystencjalnych. Wyrwy w biografii sprzyjały przeinaczaniu faktów, tworzyły miejsce dla zmyślenia i plotki. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, zważywszy, że lwia część pamiętników i wspomnień funduje swą atrakcyjność właśnie na plotce. Plotkarskie jest u Przybyszewskiego także tworzywo językowe, na które składają się dygresje, powracanie do tych samych wątków, subtelne zmienianie akcentów i detali w nawrotach, modyfikacje interpretacji wspomnianych wcześniej faktów.</p>
<p align="JUSTIFY">Nie ma wątpliwości, że dobór wydarzeń i stosunek „ja” mówiącego do przedmiotu wypowiedzi sprzyjały autolegendowemu działaniu <em>Moich współczesnych</em>. Przybyszewski przedstawia siebie jako outsidera i wiecznie „obcego”, stojącego ponad tłumem buntownika:</p>
<p align="JUSTIFY">[…] zawsze znalazłem się jakoś poza społeczeństwem, już to wskutek drwiącego jakiegoś nihilizmu, dla którego „wartości życiowe” przedstawiają fatalną bezwartość, już to dla maniackiego ducha przekory, który zawsze mówi: nie! gdy wszyscy inni mówią: tak!<sup><a href="#sdfootnote12sym"><sup>12</sup></a></sup></p>
<p align="JUSTIFY">Samotność tę zdeterminować miało jego nazwisko:</p>
<p align="JUSTIFY">Gdziekolwiek w życiu się znalazłem, czy za granicą, czy u swoich, wszędzie byłem „przybyszem”. A nawet imię „moje” nie jest przypadkowym, aż nadto stało z tej sławy, a raczej osławienia, bo „przybysze” wzbudzają li tylko ciekawość i właśnie naokół nich snują się najrozmaitsze legendy i to doprawdy nie najpochlebniejsze. Wiążą się z nimi domysły najfatalniejsze […] w średniowiecznych procesach o czary często gęsto wędrował na sromotny stos taki bliżej nie znany, a więc niesamowity „przybysz” […]. (MW 43)</p>
<p align="JUSTIFY">Nawet przypominane przezeń zdarzenia dzieciństwa świadczyć mają o wyjątkowości, wcześnie rozbudzonej dojrzałości i wrażliwości. Wśród nich historia – o wyraźnym posmaku autoplotki – z litanią do św. Cecylii, którą Stach miał napisać jako dziesięciolatek, a która – znaleziona przez matkę i przedstawiona księdzu – dzięki swej wspaniałości umożliwiła mu wcześniejsze przystąpienie do I komunii św.</p>
<p align="JUSTIFY">Talent, inteligencja i wiedza to ważne elementy autokreacji. Przybyszewski przynajmniej dwukrotnie informuje czytelnika, jak to w szkole podpowiadał i odrabiał za kolegów zadania, nawet kosztem obniżonej oceny ze sprawowania i narażenia na ojcowski gniew. Jego biografowie z upodobaniem przekazywali też niesprawdzoną, a zaczerpniętą z <em>Moich współczesnych</em> wiadomość, jakoby w okresie berlińskim pisarz dorabiał pisaniem rozpraw doktorskich dla mniej utalentowanych. Stworzyć miał mianowicie m.in. prace o wyprawie Napoleona na Moskwę, wpływie chloroformu na organizm zwierzęcy czy roli świadomości.</p>
<p align="JUSTIFY">Akcentuje pisarz pierwsze inicjacje demonologiczne, dodające jego osobie tajemniczości i niezwykłości. Spory fragment poświęca służącej w jego domu rodzinnym Ulisze, którą stylizuje na okrutną czarownicę, mogącą konkurować z Alraune, bohaterką poczytnej w epoce powieści Ewersa. Wspomina o urokach, jakie kobieta rzucała na zwierzęta gospodarskie i ludzi, w tym samego Stacha, którego omal nie doprowadziła do śmierci.</p>
<p align="JUSTIFY">Ulicha chwyciła mnie, wcisnęła między kolana, rozcięła mi skórę na czole – dotychczas mam bliznę – wtarła w rankę sok niedojrzałych śliwek, który przedtem opluła, mnie zaś kazała powiedzieć, żem czoło sobie rozciął o kant stołu, bo inaczej żywcem do piekła się dostanę. (MW 216)</p>
<p align="JUSTIFY">Tym doświadczeniem tłumaczy Przybyszewski późniejsze zainteresowania satanizmem i czarownictwem, którym dał upust w <em>Synagodze szatana</em> i powieści <em>Il regno doloroso</em>. W rzeczywistości praktyki, które przypisuje służącej (posiekanie tasakiem ropuch i nakarmienie ich resztkami świń, przyrządzanie wywarów powodujących fizyczne i psychiczne kalectwo, opętańczy taniec po szkolnych ławkach i plucie na krzyż), skomponował zapewne dzięki zdobytej później wiedzy demonologicznej. Relacje sąsiadów Przybyszewskich, zebrane przez biografa autora <em>Śniegu</em>, Stanisława Helsztyńskiego, nie potwierdzają obrazu Ulichy przekazanego w <em>Moich współczesnych</em>. „Arcykapłan synagogi szatana” wykreował go, by dowieść swoich związków z ciemną stroną życia, o które i tak go podejrzewano.</p>
<p align="JUSTIFY">Zatem odpowiadała Przybyszewskiemu rola skandalisty. Wszak mógł wyakcentować w swym wizerunku dobroć i litość, o jakiej świadczy choćby przekazany przez jego kolegę z czasów młodości – Józefa Siemiątkowskiego – fakt, że pewnej surowej zimy Stach oddał przypadkowemu, ubranemu w łachmany i marznącemu człowiekowi swoje porządne nowe futro, za co dostał solidną burę od ojca. Wolał być diabłem niż aniołem.</p>
<p align="JUSTIFY">Dziwne, mediumiczne skłonności pisarza, obdarzonego niewytłumaczalnym wpływem na innych, potwierdzać ma nieweryfikowalna już dziś, a zapisana w <em>Moich współczesnych</em> opowieść, jak to w Berlinie pisarz uratował od śmierci sąsiadkę, którą mąż chciał „ubić” za narzekania na jego pijaństwo. Gdy przerażona kobieta wpadła do mieszkania Polaka i „wpełzła ostatkiem sił pod łóżko”, ten posadził niedoszłego oprawcę – potężnej budowy dźwigacza kamieni – na stołku, zaczął delikatnie do niego przemawiać i głaskać go, aż mężczyzna rozpłakał się i przyjął swą żonę łaskawie.</p>
<p align="JUSTIFY">Przybyszewski spisując i koloryzując wspomnienia, konsekwentnie budował mit artysty. Wpasowywał się w niego, korzystając z implikatur jako zabiegów perswazyjnych. Przekonywał na przykład, że prawdziwy twórca, będąc jednostką wrażliwą i wstydliwą, nie potrafi iść przebojem przez życie, trudno mu związać koniec z końcem, „wyniszcza trzy czwarte swoich sił na sprawy życiowe” (MW 314). Sens sugerowany jest oczywisty: skoro i ja żyłem w nędzy, jestem prawdziwym artystą. Inne <em>exemplum</em> swojej twórczej wielkości oparł pisarz na dostrzeżonej przez Cesare Lombroso bliskości między obłędem i geniuszem. Idąc za myślą włoskiego antropologa i psychiatry, który w słynnym studium ogłoszonym w 1864 roku (wyd. pol. 1887) dokonał analizy związków między wyjątkowymi zdolnościami twórczymi a dewiacjami osobowości ludzi wyjątkowo utalentowanych i utożsamił genialność z nadwrażliwością, Przybyszewski pisze, iż każdy człowiek przewyższający innych uchodzi za chorego i „jest obłąkanym dla nie rozumiejącego go tłumu” (MW 311). Ponieważ zaś zarzut chorobliwości w odniesieniu do kompozycji i tematyki utworów Przybyszewskiego pojawiał się w Polsce wielokrotnie<sup><a href="#sdfootnote13sym"><sup>13</sup></a></sup>, pisarz uczynił z niego świadectwo swego geniuszu. Wsparł je zyskaną w Niemczech sławą „genialnego Polaka”: „[…] pogodzono się z tym, że Mombert jest wielkim talentem, a ja – obdarzony iskierką geniuszu” (MW 138) – pisze.</p>
<p align="JUSTIFY">Autor chętnie przytacza skierowane pod swoim adresem wyrazy uznania i komplementy, wśród nich zaś obrosłe anegdotą przywitanie w dniu przyjazdu do Krakowa:</p>
<p align="JUSTIFY">Na samym wstępie zastanowił mnie jeden człowiek – przystojny, starannie ubrany – przystanął nagle przede mną i powiedział jednym tchem:</p>
<p align="JUSTIFY">– Byłbym szczęśliwy, gdybym był cielakiem, z którego skóry pańskie buty wyprawione. (MW 300)</p>
<p align="JUSTIFY">Notując pełne hołdu słowa Zdzisława Gabryelskiego, właściciela składu fortepianów, liczył z pewnością Przybyszewski na to, że obiegną Polskę lotem plotki. Tak się stało. Dziś to jedna z ulubionych, barwnych młodopolskich dykteryjek, zwłaszcza że początkowe uwielbienie dla „mistrza” przybierało i inne formy:</p>
<p align="JUSTIFY">[…] zaledwie włożyłem papierosa do ust, już znalazło się jakby na wyścigi kilka zapałek, nie zdążyłem jeszcze zawołać na kelnera, a już zjawiał się z całą tacą wódek i przekąsek – zapytałem, gdzie mogę mój czek zrealizować, a w tej chwili wypłacono mi zawartość tego czeku i to w samych pięcioguldenówkach, aby suma pokaźniej wyglądała. (MW 301)</p>
<p align="JUSTIFY">Na tym tle trudno brać poważnie zapewnienia w rodzaju: „[…] od dziecka choruję na manię małości – mikromanię” (MW 20). W całym tomie pobrzmiewa ton nieszczerej skromności. Przybyszewski twierdzi, że zawstydza go nawet widok własnego nazwiska w druku! Przekonuje:</p>
<p align="JUSTIFY">Jakiś afisz mego dramatu lub odczytu fizyczny wprost ból mi sprawia, a gdy się znajdę na estradzie, kolą mnie te setki oczu, zwróconych na mnie, gdyby ostre, przykre szpilki. […] Moje prymicje na „kapłana literatury” były jedną udręką. Omijałem ulice z księgarniami, w których mogłoby być moje dzieło wystawione na pokaz publiczny, lękałem się wziąć gazet do ręki, by się tam nie spotkać z moim nazwiskiem” – przekonuje (MW 84).</p>
<p align="JUSTIFY">Niby dziwi się powszechnemu zainteresowaniu swoją osobą, ale podpowiada czytelnikowi, że zainteresowanie to nazywać należy tak mocnymi określeniami jak kult i idolatria (czyli bałwochwalstwo, otaczanie czcią człowieka-idola), „w której zapominano, że obok mnie całkiem inne talenty i twórcze jednostki istnieją” (MW 302). Potwierdza, że był w Krakowie modą, a nawet – pisze – „stałem się Janem Chrzcicielem i torowałem drogi dla tych wszystkich prądów, które już dawno w społeczeństwie nurtowały, ale nie miały dość siły, by móc się w starciu z starymi kanonami ostać, zniszczyć stare tablice i płomiennymi, zwycięskimi głoskami na nowych się wpisać” (MW 319).</p>
<p align="JUSTIFY">Chcąc dzierżyć palmę pierwszeństwa, musiał Przybyszewski poświadczyć swą oryginalność literacką. W tym celu w całych <em>Moich współczesnych</em> gwałtownie bronił się przed przypisaniem mu jakichkolwiek wpływów – niesprawiedliwie dyskredytował oddziaływanie na swe poglądy filozofii Friedricha Nietzschego i myśli Ottona Weiningera, twórczości Oli Hanssona, Fiodora Dostojewskiego, a także poety Richarda Dehmla, który w czasach berlińskich spędził wiele godzin nad cyzelowaniem utworów Przybyszewskiego pisanych po niemiecku. Tych deklaracji nie można zatem traktować nazbyt poważnie, zaprzeczają im bowiem listy pisarza oraz analizy jego utworów. Nawet jeśli Przybyszewski nie uległ bezkrytycznej fascynacji i oficjalnie z wymienionymi autorami się nie identyfikował, to czytał ich dzieła dość gruntownie i bardzo je przeżywał.</p>
<p align="JUSTIFY">Największy atak skierował jednak na Augusta Strindberga. Podkreślał dystans dzielący go od twórczości autora <em>Panny Julii</em>, choć – mimo że jak najdalszy od świadomego i celowego naśladownictwa – jak cała Młoda Polska pozostawał pod wpływem jego koncepcji dramatycznych i teatralnych, o czym nie chciał pamiętać. Po plotkarsku przekazywał wieści, że Strindberg wpadł w ręce lichwiarzy, w wyniku czego za bezcen zlicytowano mu bibliotekę, pozostawiając jedynie listy. Nazywa go geniuszem nienawiści, wskazuje na dręczącą go manię prześladowczą jako źródło nieporozumień z ludźmi. „Gdziekolwiek Strindberg się pojawił, rozpoczynały się niesnaski, a gniew i gorycz, dawno zapomniane urazy się odnawiały, a zabliźnione rany na nowo jęły krwią broczyć” – twierdzi (MW 157). Niechęć do szwedzkiego autora miała naturalnie podstawy osobiste. Twórcy przyjaźnili się przez kilka miesięcy, kiedy obaj przebywali w Berlinie (od jesieni 1892 do wiosny 1893 roku), ale pozytywne stosunki zepsuła rywalizacja o Dagny Juel. Strindberg nie mógł wybaczyć Przybyszewskiemu zwycięstwa o rękę pięknej Norweżki. Szkalował go gdzie się dało, a w swej powieści <em>Inferno</em> opisał krytycznie pod postacią czarnego maga Popoffsky’ego. Obszerne fragmenty <em>Moich współczesnych</em> są odpowiedzią na nieprzychylność Szweda, przy czym ich autor wprowadza czytelników w błąd stwierdzając, że nie zna powodów jego antypatii:</p>
<p align="JUSTIFY">(…) kiedy zapłonął do mnie – Bóg wie, z jakich powodów – zaciekłą nienawiścią, jął rozpisywać się do moich znajomych, że jestem Żydem, a ojciec mój kierownikiem żydowskiego kahału!! (MW 153)</p>
<p align="JUSTIFY">Wygodniej było Przybyszewskiemu skłamać niż odświeżać falę plotek na temat skandalizującego romansu. Skłamał też w innym aspekcie tej sprawy:</p>
<p align="JUSTIFY">Dopiero po wyjeździe Strindberga z Berlina wraz z jego małżonką, panną Uhl, miałem poznać dziwnym wypadkiem moją pierwszą żonę: Dagny Juel. (MW 161)</p>
<p align="JUSTIFY">Innym ważnym kłamstwem, z którego Przybyszewski chciał uczynić chętnie powtarzany –choćby tylko w charakterze plotki – fakt, jest jego spotkanie z Nietzschem w 1892 roku w Weimarze, gdzie rzekomo pojechał, by ratować z opresji finansowych Strindberga. W <em>Moich współczesnych</em> wymyśla, jak to ujrzał filozofa – już obłąkanego – siedzącego na wózku na werandzie willi.</p>
<p align="JUSTIFY">Straszny to był widok:</p>
<p align="JUSTIFY">Jakby się jakaś potężna, a święta katedra gotycka była zawaliła – przeolbrzymia ruina i dreszczem ogromu przeszywające gruzy!</p>
<p align="JUSTIFY">[…]</p>
<p align="JUSTIFY">Nietzsche chory – Nietzsche obłąkany?!</p>
<p align="JUSTIFY">[…]</p>
<p align="JUSTIFY">Stałem jak zagwożdżony w ziemię, sięgnąłem po kapelusz, a przecież go już dawno trzymałem w ręku, a równocześnie uczułem wstyd, jakbym obnażał jakąś wielką świętość (…). (MW 160)</p>
<p align="JUSTIFY">Informacja o spotkaniu z wielkim filozofem była Przybyszewskiemu potrzebna dla zyskania splendoru wynikającego z obcowania ze wszystkimi wielkimi swoich czasów. Jak każdy, pragnął być kojarzony z tymi, którzy odnieśli sukces, są popularni i powszechnie podziwiani. Stykając się z nimi, mógł pławić się dodatkowo w odbitym blasku.</p>
<p align="JUSTIFY">O kompetencjach Przybyszewskiego w świecie szeroko pojętej sztuki świadczyć miał jego zachwyt dla dzieł artystów, których docenić miała dopiero przyszłość. Wśród nich najważniejszy jest autor słynnego <em>Krzyku</em>. „Poonczas trzeba było dużo odwagi, by odważyć się Muncha brać na serio. Gdy się ukazało moje studium o Munchu, była cała konfraternia literacka przekonana, żem dostał pomieszania zmysłów” – pisze nieco chełpliwie (MW 185). Lista artystów wylansowanych przez Przybyszewskiego jest dłuższa. Znaleźli się na niej El Greco, o którym „nikomu się nie śniło”, a już Przybyszewski „jął jego wielkość z zażartą namiętnością głosić w Krakowie”, Goya, dla którego polski pisarz jako dla jasnowidza „nie znał dość słów uwielbienia”, Vigeland, określony mianem „potężnego rewelatora” (MW 225).</p>
<p align="JUSTIFY">Broniąc się przed wpływem innych, podkreślał pisarz swoje na nich oddziaływanie. Choć miał wielu naśladowców i epigonów, nie chcąc wywoływać burzy, nie mówił o literaturze, ale o magicznej, utrwalonej do dziś w legendzie sile swej gry na fortepianie. Pełna rozmachu, nieokiełznana, zainspirowała – jak twierdzi Przybyszewski – sześciu twórców niemieckich do napisania nowych dzieł. W ten oto sposób polski pisarz „szopenizował” język niemiecki.</p>
<p align="JUSTIFY">Ważnym aspektem plotki jest dementi. Przybyszewski w swych wspomnieniach skorzystał z niego kilkakrotnie dla unieszkodliwienia niepochlebnych treści. Sprostowanie dotyczy np. udziału w orgiach, o jaki często go posądzano już to z uwagi na jego burzliwe życie uczuciowe, już to z powodu jego zainteresowań demonologicznych. Pisarz stwierdza krótko:</p>
<p align="JUSTIFY">[…] ja o tych orgiach nic a nic nie wiem, a jeżeli kiedyśkolwiek coś przeżyłem, co by na upartego orgią nazwać można, to co najwyżej jakąś sutą kolację, jaką fundował rzadko mecenas sztuki. (MW 313)</p>
<p align="JUSTIFY">Uśmiechną się ironicznie ci, którzy znają sformułowaną przez dyplomatów zasadę weryfikacji niepewnych informacji: „Dopóki nie będzie dementi – nie uwierzę”.</p>
<p align="JUSTIFY">Zaprzeczając plotkom, Przybyszewski sprytnie odciął się od znienawidzonych przez modernizm filistrów. Stwierdził mianowicie, że podobne legendy o niesłychanych, wyuzdanych orgiach powstają w wyobraźni ludzi, „którzy mają pieniądze, pięknie urządzony dom, stałe dochody, uporządkowane społeczne stosunki, którzy kładąc się do łóżka, nie potrzebują o tym myśleć, czym jutrzejszy dzień opędzą, a budząc się rano, nie wyczekują z rozpaczliwą trwogą, co im listonosz przyniesie: trochę nędznego grosza honorarium czy też rozkaz sądowy eksmisji za niezapłacone komorne” (MW 313). Dla autora <em>Śniegu</em> nawet w dwudziestoleciu międzywojennym aktualna była więc opozycja mieszczuch-artysta, co świadczy o tym, jak dalece nawet pod koniec życia pozostawał pisarz w realiach poprzedniej epoki.</p>
<p align="JUSTIFY">Tłumaczył się też Przybyszewski z nadużywania alkoholu, które stało się przedmiotem niewybrednych żartów i dostarczyło pożywki wielu pismom satyrycznym (rozwijaną przez pisarza teorię Absolutu trywializowano, kojarząc ją z nazwą wódki). W używce widział pisarz lekarstwo na „psychicznego raka”, środek na ukojenie bólu istnienia, jakiego doświadcza jednostka wyjątkowa, nadwrażliwa. „Przyszło się z »chorą« duszą na świat, szuka się ukojenia, a to już obojętne, jakim środkiem człowiek przed cierpieniem uciec pragnie” – wyjaśniał (MW 310). Szukał wymówek dla nałogu czy wierzył w metafizyczną niemal moc alkoholu? Nigdy się tego nie dowiemy.</p>
<p align="JUSTIFY">Dla wytłumaczenia niemoralnego, skandalizującego niekiedy stylu życia odwołał się Przybyszewski w autorehabilitujących pamiętnikach do idei metafizycznego determinizmu oraz koncepcji twórcy-medium, zgodnie z którą artystą kieruje przeznaczenie. Przybyszewski nie pisał, lecz musiał pisać, nie pił, lecz musiał pić itd. Starał się zresztą pisarz całej swej egzystencji nadać sens symboliczny, wpisany w analizowaną przez Słowackiego wędrówkę ducha<sup><a href="#sdfootnote14sym"><sup>14</sup></a></sup>. Tworzył swoistą historiozofię, widząc siebie jako Winkelrieda, odkupiciela, który przyjął pierwsze, najboleśniejsze ataki wymierzone w środowisko Młodej Polski.</p>
<p align="JUSTIFY">W chętnie powtarzanej przez samego siebie metaforze meteoru przekonywał, że jego rola jeszcze nie skończona:</p>
<p align="JUSTIFY">Być meteorem, to istotna moja tęsknota: zniszczyć na swej drodze kilka światów, roztopić je w sobie, wzbogacić się nimi i po miliardach lat znowu powrócić, stokroć razy gorętszym blaskiem rozpłonąć, wieścić nowe przemiany i wywody i znowu zniknąć – to, co w moich najkosztowniejszych snach przeżywam…</p>
<p align="JUSTIFY">Niech zgasnę – czym prędzej zgasnę, bym mógł tylko w wzmożonej potędze powrócić…</p>
<p align="JUSTIFY">A wrócę – wrócę! (MW 266)</p>
<p align="JUSTIFY">Aby potwierdzić swą rolę w rozwoju literatury polskiej, we wspomnieniach akcentował Przybyszewski – przez wielu oskarżany po powrocie do kraju o obcość i szerzenie nienaturalnych dla Polski prądów – fakty świadczące o polskości. Przekonywał, że ukształtowała go ziemia kujawska z nadgoplańskim pejzażem i rodzimymi nabożeństwami. Minimalizował swój udział w kulturze młodych Niemiec i ewentualne wpływy, jakim mógłby za granicą podlegać. Twierdził, że zachodnim sąsiadom nic nie zawdzięcza, choć jeszcze w końcu lat 90. XIX wieku zaznaczał w listach:</p>
<p align="JUSTIFY">Z wielką jednak wdzięcznością, z radością będę pamiętał zawsze o tym, jak nieskończenie wiele zawdzięczam duchowi germańskiemu i kulturze germańskiej<sup><a href="#sdfootnote15sym"><sup>15</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">Zmieniał tło powstania utworów w języku niemieckim – twierdził np., że poemat <em>Nad morzem</em> stworzył zafascynowany Bałtykiem, które zobaczył jako szesnastolatek, wysiadłszy na jakiejś małej stacyjce  i podążając za wzywającą go melodią fal. Nie darmo mówi się jednak, że aby kłamać, trzeba mieć dobrą pamięć. W drugim tomie pamiętników Przybyszewski, pogubiwszy szczegóły wymyślonej historyjki, opowiada, jak to pierwszy raz zobaczył morze w wieku osiemnastu czy dziewiętnastu lat, zaproszony nad Bałtyk przez nauczyciela rysunku Neumanna. W rzeczywistości Stach w czasach gimnazjalnych wcale nad polskim morzem nie był. A cała ta mistyfikacja po to, by udokumentować swe miejsce w twórczości narodowej i uspokoić rodaków oraz drugą żonę, że to nie Morze Północne zobaczone dzięki Dagny w 1894 roku dało impuls do utworu (ukończonego w roku 1898 na krótko przed powrotem do ojczyzny).</p>
<p align="JUSTIFY">Szczytem kreacji narodowościowej byłby – niezrealizowany – napis na pomniku, jakiego pragnął Przybyszewski: „On kochał naród”.</p>
<p align="JUSTIFY">Osobistymi wyznaniami pisarza rządzi pewien paradoks: przyjemność w obnażaniu siebie i strach przed odkryciem własnej osoby. W dążeniu do zyskania znaczenia i poważania – które jest podstawowym popędem ludzkiego zachowania – Przybyszewski umiejętnie manipulował wywieranym wrażeniem, zazwyczaj ujawniając swoje rzeczywiste cechy, nieco tylko podkoloryzowane rozmyślnym rozłożeniem akcentów, przemilczeniem, językową przesadą (np. gdy określał siebie Janem Chrzcicielem) czy drobnym fałszem. Żonglował przy tym dwoma rodzajami taktyk autoprezentacyjnych: atrybucyjnymi (zmierzającymi do zakomunikowania, że posiada pewne cechy) i repudiacyjnymi (przekonującymi, że nie jest człowiekiem danego typu). Interesujące, że w owej kreacji bliżej mu było do „twarzy pozytywnej”, by przywołać tu niezwykle przydatne rozróżnienie Ervinga Goffmana. Własny <em>image</em> buduje Przybyszewski w oparciu o system wartości uznawanych przez innych, chce być doceniany i akceptowany, nie walczy natomiast o prawo do własnej przestrzeni życiowej i swobody poczynań („twarz negatywna”), jak przystałoby na cygana.</p>
<p align="JUSTIFY">Kreowaniu wizerunku służy mu często plotka, stare jak świat narzędzie manipulacji. Jej motywem jest niepewność, lęk przed negatywną opinią o sobie. A ponieważ plotka to proces tworzenia, blisko jej do legendy i mitu. „Literatura i plotkowanie tworzą coś w rodzaju awersu i rewersu, pozytywu i negatywu dwu stron opowiadania o ludziach”<sup><a href="#sdfootnote16sym"><sup>16</sup></a></sup>. Dochodzimy tu do problemu relacji między fikcją a fałszem/kłamstwem. Pierwsze odnosi się do świata nierzeczywistego, zatem nie ma na celu oszukania nikogo, podczas gdy drugie jest rzeczywistym działaniem (mogącym naturalnie korzystać z mechanizmów fikcji). Wydaje się to oczywiste, ale w przypadku Przybyszewskiego sprawa się nieco komplikuje. Dlaczego? Bo pisarz nie rozdzielał ról człowieka i twórcy, przeciwnie – identyfikował jedno z drugim, co zresztą na tle konwencji epoki nie było czymś wyjątkowym. Każde jego działanie stanowiło ekspresję duszy, a to sprawiało, że twórczość bywała odbiciem życia, inspiracją dla życia była zaś sztuka. Zdawał sobie z tego sprawę sam pisarz, przestrzegając – o ironio! – przed nadmiernym zaufaniem do pamiętników twórców:</p>
<p align="JUSTIFY">„Wspomnienia” artystów trzeba w ogóle brać z wielką ostrożnością do ręki […] dla artysty nie istnieje życie w prostym słowa znaczeniu, boć on życie twórczo przeżywa, a nawet najbiedniejsze życie przetwarza na utwór sztuki. (MW 342)</p>
<p align="JUSTIFY">Wilde – w tej samej epoce – poszedł jeszcze dalej i zbudował sugestywny obraz kłamcy jako narratora: nie naśladuje on życia, lecz formuje je wedle własnego uznania, bo przecież to nie sztuka naśladuje życie, ale życie sztukę.</p>
<p align="JUSTIFY">Dodatkowo literatura dokumentu osobistego, jak <em>Moi współcześni</em>, zawsze jest autokreacją, tym poważniejszą, im autorowi bliżej do postawy wyznania i im z większego dystansu patrzy na swe życie. Wspomnienia to bowiem zlepek przeżyć z przeszłości, który na skutek selektywnego działania pamięci i zniekształcającego fakty upływu lat ulega nieustannym przekształceniom, tak że czasem samemu autorowi trudno odróżnić prawdę od zmyślenia. Poza tym przywoływanie przeszłości i rozpamiętywanie minionego czasu dokonuje się w perspektywie teraźniejszości. Skoro autobiografia nie jest wyłącznie powracaniem do dawnych przeżyć, lecz ponownym uczestniczeniem w procesie kształtowania własnego życia, to jej niezbędnymi elementami są retrospekcja, interpretacja i wymyślanie. Przybyszewski czyni z tworzonej opowieści prywatny i intymny użytek. Porządkuje i selekcjonuje wydarzenia, co daje mu możliwość tworzenia nowych historii. W ostatniej książce łączy retrospekcję z aktywnością pisarską, nadając odmienny wymiar swojej egzystencji.</p>
<p align="JUSTIFY">Mistyfikacje tak zrosły się z osobą Przybyszewskiego, że niemożliwe jest już oddzielenie ich od prawdy. Sprzeczne świadectwa, emocje, jakie wciąż budzi pisarz, a przede wszystkim osnuta wokół niego legenda, nie pozwalają na obiektywną rekonstrukcję jego biografii. Życie autora <em>Złotego runa</em> potwierdziło, że „ze wszystkich woni najlotniejszą, ze wszystkich dźwięków najdonioślejszym, ze wszystkich świateł najdalej promieniującym – jest plotka”<sup><a href="#sdfootnote17sym"><sup>17</sup></a></sup>.</p>
<p align="JUSTIFY">&nbsp;</p>
<p align="JUSTIFY">&nbsp;</p>
<p align="JUSTIFY">Artykuł opublikowany w: „Mêlée. Kwartalnik filozoficzno-kulturalny” 2008, nr 4, s. 77–87.</p>
<p align="JUSTIFY">&nbsp;</p>
<p align="JUSTIFY">Przypisy:</p>
<p align="JUSTIFY">&nbsp;</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote1anc">1</a> Gosławiec [A. Sygietyński], <em>Porachunki. Mundus vult decipi. – 	Metamuzyka – List Słowackiego</em>, „Gazeta Polska” 1899 nr 	175. Cyt za: J. Dynak, <em>Przybyszewski. Dzieje legendy i 	autolegendy</em>, Wrocław 1994, s. 45.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote2anc">2</a> S. Sierosławski, <em>Przybyszewski w życiu Krakowa. Z moich 	wspomnień</em>, „Świat” 1927, nr 49, s. 4.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote3anc">3</a> Por. A. Z. Makowiecki, <em>Trzy legendy literackie</em>, Warszawa 	1980, s. 80–83.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote4anc">4</a> J. Starzyński, <em>Dunikowski o Młodej Polsce</em>, „Sztuka i 	Krytyka” 1958, z. 3–4. Cyt za: A.Z. Makowiecki, dz. cyt., s. 49.</p>
<p><a href="#sdfootnote5anc">5</a> L. Krzywicki, <em>Stanisław Przybyszewski</em>, [w:] <em>Wspomnienia</em>, 	t. 2, Warszawa 1958, s. 441, 445.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote6anc">6</a> J. Dynak, dz. cyt., s. 29.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote7anc">7</a> A. Sawicka, <em>Dagny Juel Przybyszewska. Fakty i legendy</em>, Gdańsk 	2006, s. 55.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote8anc">8</a> Powstała siedem lat później polska wersja utworu nosi tytuł 	<em>Requiem aeternam</em>.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote9anc">9</a> S. Przybyszewski, <em>Listy</em>, t 1: 1879–1906, oprac. S. 	Helsztyński, Warszawa 1937, s. 117. Autor miał świadomość, że 	list ten może zostać opublikowany w polskiej prasie.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote10anc">10</a> Posługuję się terminami wyróżnionymi przez Małgorzatę 	Czermińską, badaczkę literatury dokumentu osobistego (M. 	Czermińska, <em>Autobiograficzny trójkąt: świadectwo, wyznanie i 	wyzwanie</em>, Kraków 2000).</p>
<p lang="en-US" align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote11anc">11</a> N. Frye, <em>Anatomy of Criticism. Four essays</em>, Princeton 1973.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote12anc">12</a> S. Przybyszewski, <em>Moi współcześni</em>, Warszawa 1959, s. 21. 	Dalej skrótowa lokalizacja za tym wydaniem: MW.</p>
<p><a href="#sdfootnote13anc">13</a> Na przykład w opublikowanym przez „Głos” felietonie pod 	ironicznym tytułem „Wyznanie wiary modernisty” krakowianie 	czytali:</p>
<p align="JUSTIFY">„Zamiast logicznie 	szeregowanych myśli, mamy tu szereg chorobliwie wybujałych wizji, 	obracających się prawie wyłącznie około stosunku płciowego 	mężczyzny do kobiety. Jest to nowy zresztą na polu literatury 	naszej rodzaj, który nazwałbym: literackim delirium” (J. N. 	Szuman, <em>Wyznanie wiary modernisty</em>, „Głos” 1900, nr 35).</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote14anc">14</a> Zob. J. Dynak, dz. cyt.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote15anc">15</a> S. Przybyszewski, <em>Listy</em>, t. 1, dz. cyt., s. 174.</p>
<p align="JUSTIFY"><a href="#sdfootnote16anc">16</a> Ewa Graczyk, <em>Stara plotkara</em>, [w:] <em>Plotka. Wybór 	materiałów z VI Konferencji Pracowników Naukowych i Studentów 	Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej UŚ</em>, Katowice 1994, s. 43.</p>
<p><a href="#sdfootnote17anc">17</a> A. Świętochowski, <em>Klub szachistów</em>, [w:]: <em>Pisma wybrane</em>, 	Warszawa 1908, t. 1, s. 91.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><strong><strong>©</strong> Autor: Katarzyna Badowska<br /></strong></p>
<p align="JUSTIFY">&nbsp;</p>
]]></description>
</item>
<item>
<title>
Dusza jako absolut – ontologia wstępna</title>
<link>
http://stachu-przybyszewski.pl/artykuly/6-Dusza-jako-absolut-ontologia-wstepna.html</link>
<pubDate>
Wed, 23 Mar 2011 16:23:44 +0100</pubDate>
<description><![CDATA[
<p><strong> </strong>Już na początku swojej drogi literackiej, Stanisław Przybyszewski zmierzał do odrodzenia życia duchowego we współczesnym sobie świecie, opanowanym przez paradygmaty kartezjańskie i pozytywistyczne, które w sposób stopniowy wyjałowiły kulturę z elementów  irracjonalnych oraz „potrzeb metafizycznych”. Poszukując od lat młodzieńczych odpowiedzi na  fundamentalne pytania: „Gdzie jest moje <em>ja</em>? Gdzie jest Absolut, Jedność, gdzie jest to, z czego byt powstaje, gdzie jest Bóg, Duch Świata Laplace’a, który rządzi wszechświatem, przez którego i w którym jest wszystko?”<sup><sup>[</sup></sup><sup><sup>1</sup></sup><sup><sup>]</sup></sup>, postanowił wykrzesać iskrę z duszy człowieka, od której na nowo zapaliłby się płomień ducha.</p>
<p>Podstawą teoretycznych poglądów Przybyszewskiego, które zostały uformowane w niemieckim okresie jego twórczości (<em>Zur Psychologie des Individuums</em>, 1892, <em>Totenmesse</em>, 1893, <em>Pro domo mea</em>, 1895, <em>Auf den Wegen</em> <em>der Seele</em>, 1897)<sup><sup>[2]</sup></sup> i z drugorzędnymi w gruncie rzeczy modyfikacjami powtórzone w publikacjach polskich (<em>Confiteor</em>, <em>O „nową” sztukę</em> i pozostałe artykuły z „Życia” zebrane w książce <em>Na drogach duszy,</em> <em>Z gleby kujawskiej</em>, <em>O dramacie i scenie</em>, a później <em>Szlakiem duszy polskiej</em>, artykuły w „Zdroju” i przedmowa do nowego wydania <em>De profundis</em> z 1929 r.)<sup><sup>[3]</sup></sup>, jest dualizm natury ludzkiej, na którą składają się dwa antagonistyczne pierwiastki: wyższy – dusza i niższy – mózg. Antagonistyczny charakter tych dwóch pierwiastków decyduje o tragizmie natury ludzkiej, gdyż dusza nigdy nie jest w stanie całkowicie wyswobodzić się z krępujących ją więzów mózgu i zmysłów. Cała mózgowa świadomość człowieka jest według Przybyszewskiego tylko niedoskonałą funkcją transcendentalnej duszy (bytu absolutnego przekraczającego świat zmysłowy, świat materialny), której pełne poznanie jest dla ograniczonego mózgu ludzkiego rzeczą niemożliwą. <br /> Tylko w niektórych wypadkach człowiek, oczywiście nie każdy człowiek, ale wyrastająca ponad przeciętność wybitna jednostka, indywidualność genialna, jest w stanie uchylić rąbka zasłony zakrywającego tę tajemniczą duszę, czy też jak ją Przybyszewski, zwłaszcza w początkowym okresie chętnie nazywał, „nagą duszą”<sup><sup>[4]</sup></sup>. I chociaż hasło „naga dusza” jest najpopularniejszym hasłem utożsamianym z czołowym twórcą polskiego modernizmu, w którym „(…) jak w soczewce, skupiły się najważniejsze konflikty targające  nowożytnym  człowiekiem, w której skrzyżowały się sprzeczności kultury epoki pokartezjańskiej”<sup><sup>[5]</sup></sup>, to jednak na uwagę zasługuje jeszcze jedno ważne hasło konstytuujące i ujawniające inny wymiar pojęcia duszy w filozofii Przybyszewskiego – wymiar ontologiczny. Postulat traktujący „duszę jako absolut” chociaż często pomijany przez interpretatorów lub rozpatrywany w zakresie pojęcia „nagiej duszy” zasługuje na odrębną analizę ze względu na charakter jaki nadaje duszy. O ile do pojęcia „nagiej duszy” dochodzimy na drodze epistemologicznej, o tyle „dusza jako absolut” pojawia się na drodze ontologicznej. Zgodnie z założeniami metafizyki klasycznej, zanim ustali się w jaki sposób dany byt poznaje, należałoby stwierdzić wpierw jakiej natury jest ten byt. Zatem dwa aspekty odgrywają zasadniczą rolę w uchwyceniu centralnego zagadnienia filozofii Stanisława Przybyszewskiego: aspekt ontologiczny – czym jest dusza oraz aspekt poznawczy – jak  i co poznaje dusza.</p>
<p>Aby właściwie zrozumieć koncepcje strukturalną duszy, należy wskazać na dwa kluczowe zjawiska, które wpłynęły na myśl Stanisława Przybyszewskiego. Pierwszym z nich była rodząca się na przełomie XIX i XX w. psychologia (eksperymentalna, głębi) wprowadzająca nowe ujęcie podmiotu i wynikającą z tego nową terminologię, opartą w dużej mierze na takich pojęciach jak świadomość, podświadomość czy też archetyp, drugim zaś symbolika mistyczno-gnostyczna, którą polski myśliciel interesował się przez całe swoje życie. Te dwa zjawiska stanowią osnowę znaczeniową duszy w aspekcie ontologicznym.</p>
<p>Z psychologią i medycyną Przybyszewski zetknął się po raz pierwszy podczas swoich studiów w Berlinie na wydziale architektury i jak utrzymywał, zafascynowały go od pierwszego wykładu. „Chwilą przełomową w moim życiu były wykłady prof. Ebbinghausa w zakresie psychologii. Zapomniałem o architekturze – matematyka nie byłaby tak czy owak pozwoliła dokończyć mi studiów architektonicznych – i całkiem już teraz poświęciłem się psychologii. Alem rychło zrozumiał, że psychologia bez znajomości anatomii na psa się nie zda, więc bez namysłu przerzuciłem się na medycynę. (…) Zapaliłem się do nauk przyrodniczych, a rozprawa moja o anatomicznym ustroju rdzenia pacierzowego zjednała mi pomoc z Kasy Marcinkowskiej w Poznaniu”<sup><sup>[6]</sup></sup>. I to właśnie te nauki stanowiły swoistego rodzaju ferment intelektualny, którego pełen wyraz polski modernista dał w swoich początkowych esejach, artykułach i rozprawach  na temat duszy.</p>
<p>W wymiarze psychologicznym, odnosząc się do pojęć świadomości i nieświadomości, Przybyszewski pojmuje duszę jako absolutną świadomość, której tylko niewielka część przejawia się w mózgu jako osobiste Ja. „A więc w pojęciu naszym jest dusza ludzka absolutną świadomością, pozostaje nią i nadal po swem wcieleniu się, ale drobna tylko cząstka tej absolutnej świadomości przejawia się w mózgu jako osobiste Ja, drobna część przejawia się rzadko w snach, wizjach,  w chwilach niezwykłych, a potężnych napięć ducha, jeszcze drobniejsza wyłania się    z uświadomienia najtajniejszych a dawniej znanych tajemnic jako cud, a niezmierne obszary, białe bezkresy jej świętości jej absolutu są nam nieznane”<sup><sup>[7]</sup></sup>. Te  „niezmierne obszary”, które są nam nieznane, te „białe bezkresy jej świętości” polski myśliciel określa mianem nieświadomości lub też podświadomości, rozbijając tym samym jedność kartezjańskiej jaźni. „Kartezjusz powiedział, a zdawało mu się, że już rozwiązał całą zagadkę bytu człowieka: cogito ergo sum – myślę więc jestem – i szczęśliwie wynalazł węża, który się sam w ogon gryzie. Powinno się nazywać: Ponieważ myślę, więc musi być coś we mnie, co myśli. Ale moje myślenie ogranicza się li tylko do mojej  samowiedzy. Czy to, co we mnie świadomie myśli, wypełnia już istotę naszego «ja»?  Och nie! Stokroć razy nie! Moja świadomość- ta świadomość na jawie – jest tylko nieskończenie maleńką wysepką na przeolbrzymim oceanie absolutnej świadomości- biedniutkim punkcikiem w obrębie nagiej duszy, której istnienie po intuicyjnym przeczuwaniu teraz wreszcie eksperymentalnie stwierdzić mogę – a tę absolutną świadomość, którą nowoczesna psychologia po rozpaczliwym oporze przyjąć musiała, nazywamy: Nieświadomością, a ponieważ bądź co bądź trzeba jakieś naukowe pozory zachować: Podświadomością”<sup><sup>[8]</sup></sup>.</p>
<p>W szerszym znaczeniu Przybyszewski dokonuje również odważnej zamiany dualizmu ciała i jaźni na dualizm świadomości – rzeczywistości odbieranej za pomocą zmysłów – i nieświadomości – rzeczywistości istotnej, prawdziwej, odbieranej drogą pozazmysłową – przekraczając tym samym paradygmat antropologii nowożytnej. Jak zauważa E. Boniecki, „(…) zamiana polega tu, więc  w istocie na przewartościowaniu obszarów życia człowieka i przesunięciu jego centrum (istoty, duszy) ze świadomości (mózgu, rozumu) do nieświadomości (instynktów, popędów)”<sup><sup>[9]</sup></sup>. Osiągnięcie pełnej świadomości, a więc świadomości prawdziwej, da człowiekowi zrozumienie swojej kondycji, wyrwanie się spod ucisku świata materialnego, wyzwolenie i uspokojenie, a zatem zbawienie. Absolutna świadomość jawi się tutaj jako cel o znamionach boskości.</p>
<p>To co istotowe, co stanowi treść duszy, a jednocześnie samego człowieka Przybyszewski lokuje w nieświadomości. Ale czym dokładnie wypełniona jest owa „istotowa treść”? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy nawiązać do znanego już od starożytności orfickiego motywu metempsychozy, którym polski modernista próbuje zdefiniować zasadę bytu drzemiącą w nieświadomości. Poprzez nieskończoną wędrówkę duszy przez różne wcielenia, przez różne etapy ludzkości  i jednocześnie poprzez stałe uczestniczenie w wieczności i prawdzie (jaką jest sam Bóg pojmowany gnostycznie), dusza, według Przybyszewskiego staje się, na podobieństwo swojego wzoru, doskonałym i jedynym źródłem poznania, cząstką tożsamą z naturą, z kosmosem, z wszechbytem. To „(…) pojęcie duszy, jako potęgi osobistej, duszy kroczącej od jednej wieczności do drugiej, duszy, która raz po raz nieznaną potęgą zmuszona idzie na ziemię, wraca z powrotem na łono wieczności   i znowu się ucieleśnia bogatsza, silniejsza, więcej uświadomiona niż pierwszym razem i tak bez końca, aż wreszcie dochodzi do świadomości całej swej potęgi, przenika najtajniejsze rzeczy, obejmuje najodleglejsze i najskrytsze związki, t. j.  staje się geniuszem, t. j. odsłania się w swoim absolucie (…)”<sup><sup>[10]</sup></sup>. A więc dusza ludzka jawi się jako byt, na który składają się całe szeregi dusz z procesu ewolucji przyrody, jako transcendentalna absolutna świadomość umożliwiająca bezpośredni wgląd w istotę rzeczy.</p>
<p>Równie ważnym pojęciem, które zostaje zaimplementowane przez Przybyszewskiego do własnej teorii duszy jest archetyp. I chociaż przyjęło się w kulturze współczesnej określać mianem ojca tego terminu C.G. Junga, to pojęcie to występuje parokrotnie u Przybyszewskiego wyprzedzając termin Jungowski<sup><sup>[11]</sup></sup>. Dla polskiego filozofa archetyp to nie tylko prawzór człowieka, zasada tożsamości, punkt archimedesowy jego egzystencji, ale także prawzór idei, które przyświecają każdej czynności czy też myśli człowieka. To  najpierwotniejsza, najprostsza forma egzystencji Ducha. Będąca potencjalnością idea nabiera realności, gdy Duch staje się ową ideą. Jednak nim przybierze on postać idei, Przybyszewski uważa, iż jako przed-myślowa forma bytu spoczywa w łonie Boga. „Mogłoby się zdawać, że Duch, jak długo spoczywał w Słowie, nie był jeszcze ideą – stał się nią dopiero wtedy, gdy zażądał kształtów, bo pierwej nie był jeszcze widzialnym, to znaczy nie miał jeszcze realnego bytu, jako archetyp istotnej widzialności”<sup><sup>[12]</sup></sup>. Archetyp jako zasada bytu, znajduje się poza świadomością i stanowi spoiwo wszystkich ogniw metempsychicznych wcieleń. Aby mógł nastąpić proces ich  uświadomienia, konieczne jest, aby odnalazły w nieświadomości swoje pierwotne wzory.</p>
<p>Lata 1917-1922 to okres, w którym myśl Przybyszewskiego coraz bardziej pogrąża się w przestrzeniach ezoteryki i mistycyzmu. W jego tekstach zaczyna dominować symbolizm mistyczno-gnostyczny, a pojęcie duszy nabiera cechę boskości, co w konsekwencji doprowadzi do utożsamienia jej z Bogiem-Absolutem.</p>
<p>W 1922 r. z okazji trzydziestolecia pracy pisarskiej Przybyszewski wygłasza w  Krakowie odczyt zatytułowany „Naga Dusza”<sup><sup>[13]</sup></sup>, w którym centralne zagadnienie jego filozofii rozpatrywane jest w wymiarze mistycznym. Polski pisarz odwołuje się  w nim do biblijnej symboliki ciemności i światła. „Bo wszelka materia jest ciemnością i dusza jest tylko światłem”<sup><sup>[14]</sup></sup>. Dla wykazania zaś boskości duszy, wspiera się mistycznymi pismami Mistrza Eckharta. Jak pisze H. Rogacki, Przybyszewski przez całe życie studiował pisma mistyczne i średniowiecze w bibliotekach berlińskiej i monachijskiej. Sam często mówił o sobie, że jest człowiekiem średniowiecza par excellence<sup><sup>[15]</sup></sup>. Również  E. Boniecki zwraca uwagę na to, iż „Przybyszewskiego żywo interesowały tego rodzaju mistyczne świadectwa, znajdował w nich bowiem potwierdzenie głoszonej przez siebie nauki o ekspresjonizmie. W tym kontekście parokrotnie wymienił imię Mistrza Eckharta jako średniowiecznego protoplasty ekspresjonizmu”<sup><sup>[16]</sup></sup>. Fragmenty z pism Mistrza Eckharta przekładała także żona Przybyszewskiego Jadwiga, między innymi traktat „O ciemności”.</p>
<p>W swoim odczycie Przybyszewski mocno akcentuje znacznie ciemności „(…) o której Eckhart mówi, iż jest to stan duszy oczyszczonej z wszelkich doznań doczesnych i wyzbytej wszelkiego posiadania, a więc także woli i rozumu, to stan zupełnego zaufania Bogu, polegający na pogrążeniu się w absolutnej ciemności i oczekiwaniu, aż rozbłyśnie w niej jedyne prawdziwe światło”<sup><sup>[17]</sup></sup>. Przybyszewski mistykę nadreńskiego myśliciela próbuje uzgodnić ze swym dualistycznym (gnostyckim) pojmowaniem boskości. „Światło nasze jest materialne, a jako materialne musi być ciemne. Bóg naszego światła to książę ciemności - princeps tenebrarum - istotny Bóg nie jest materialnym, więc nie może być dla nas, jako niematerialny, światłem – musi być ciemnością, to znaczy jedynym istotnym światłem. A więc wszystko na odwrót”<sup><sup>[18]</sup></sup>. Podobnie u Eckharta, Bóg pojmowany jako światłość, człowiekowi jawi się jako ciemność, tajemnica, gdyż przyrodzony człowiekowi rozum nie jest w stanie Go poznać ani dosięgnąć. Jak wskazuje w jednym ze swoich kazań: „Pragnienie sięga daleko, niezmiernie daleko. Ale to, co może pojąć poznanie i czego może chcieć pragnienie, nie jest Bogiem. Gdzie się kończy poznanie i pragnienie, tam się zaczynają ciemności. Ale tam właśnie Bóg jaśnieje”<sup><sup>[19]</sup></sup>.</p>
<p>Przybyszewski ewidentnie koresponduje i czerpie z teologii apofatycznej  Mistrza Eckharta, który Boga sytuuje w ciemności, poza rozumem i poza świadomością, czyli w przestrzeni, którą polski modernista rezerwuje dla duszy - w nieświadomości. Co ciekawe u Eckharta dusza właściwa – głębia duszy, którą nazywa on „miastem warownym”, „dnem duszy” jest miejscem zjednoczenia z Bogiem. Pozostaje ona niepoznawalna jak On sam, bo jest tożsama z Bogiem. Dla Przybyszewskiego głębia duszy oznacza transcendentalne Ja, komunikujące się z demiurgiem-absolutem pozbawionym imienia. Miejsce, w którym Bóg odsłania się człowiekowi, u Przybyszewskiego staje się przestrzenią w której człowiek kontaktuje się z Nieznanym Bogiem. Silne uwewnętrznienie spotkania z Bogiem, poszukiwanie Boga w sobie, ostatecznie doprowadzi polskiego modernistę, u kresu swojego życia twórczego, do utożsamienia duszy z Bogiem- Absolutem.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Przypisy:</p>
<hr style="height: 1px; width: 0px;" size="1" />
<p><sup><sup>[1]</sup></sup> S. Przybyszewski, <em> Z psychologii jednostki twórczej, </em>cz. II: <em>Ola Hansson</em> [w:]<strong> </strong><em>Stanisław Przybyszewski</em>, <em>Synagoga szatana i inne eseje</em>, <span style="text-decoration: underline;"><a href="https://opac.buw.uw.edu.pl/cgi-bin/katalog/chameleon?sessionid=2009090400314103065&amp;skin=default&amp;lng=pl&amp;inst=consortium&amp;host=193.0.118.1%2b2223%2bDEFAULT&amp;search=SCAN&amp;function=INITREQ&amp;SourceScreen=COPVOLSCR&amp;scant1=Synagoga%20szatana%20i%20inne%20eseje&amp;scanu1=4&amp;elementcount=1&amp;t1=Synagoga%20szatana%20i%20inne%20eseje%20%2f&amp;u1=4&amp;pos=1&amp;rootsearch=SCAN&amp;beginsrch=1">oprac. i przetł. z jęz. niem. G. Matuszek, Kraków 1997, s. 66. </a></span></p>
<p><sup><sup>[2]</sup></sup> Podaję dzieła w kolejności wyżej wymienionej, przetłumaczone (za wyjątkiem <em>Z psychologii jednostki</em> <em>twórczej</em> i <em>Pro domo mea</em>) przez samego Stanisława Przybyszewskiego: S. Przybyszewski, <em>Z psychologii jednostki twórczej</em>, cz. I: <em>Chopin i Nietzsche</em> (przeł. St. Helsztyński), cz. II: <em>Ola Hansson</em> (przeł. G. Matuszek) [w:] <em>Stanisław Przybyszewski</em>, <em>Synagoga szatana i inne eseje</em>, wyb. i oprac. G. Matuszek, Kraków 1997, <br /> s. 43-65 i s. 66-87; S. Przybyszewski, <em>Requiem aeternam… Trzecia księga Pentateuchu</em>, Lwów 1904; <br /> S. Przybyszewski, <em>Pro domo mea</em> (przeł. G. Matuszek) [w:] <em>Stanisław Przybyszewski</em>, <em>Synagoga szatana <br /> i inne eseje</em>, wyb. i oprac. G. Matuszek, Kraków 1997, s. 99-115; S. Przybyszewski, <em>Na droga duszy</em>, <br /> Kraków 1900.</p>
<p><sup><sup>[3]</sup></sup> S. Przybyszewski, <em>Confiteor </em>[w:] <em>Stanisław Przybyszewski: Wybór pism, </em>oprac. R. Taborski,<em> </em>Wrocław 2006, s. 142-150; S. Przybyszewski, <em>O nową sztukę</em> [w:] <em>Stanisław Przybyszewski: Wybór pism, </em>oprac. <br /> R. Taborski,<em> </em>Wrocław 2006, s. 151-161; S. Przybyszewski, <em>Z gleby kujawskiej</em>, Warszawa 1902; <br /> S. Przybyszewski, <em>O dramacie i scenie</em>, Warszawa 1905; S. Przybyszewski, <em>Szlakiem duszy polskiej</em>, Poznań 1917; S. Przybyszewski, <em>De profundis</em>, Lwów 1929.</p>
<p><sup><sup>[4]</sup></sup> Zob.  R. Taborski, <em>Wstęp </em>[w:] <em>Stanisław Przybyszewski: Wybór pism, </em>Wrocław 2006, s. 22 i 23.</p>
<p><sup><sup>[5]</sup></sup> E. Boniecki, <em>Struktura „nagiej duszy” : studium o Stanisławie Przybyszewskim</em>,  Warszawa 1993, s. 12.</p>
<p><sup><sup>[6]</sup></sup> S. Przybyszewski, <em>Listy</em>, zebrał, życiorysem, wstępem i przypisami opatrz. S. Helsztyński, Warszawa 1938,      t. II,  s. 586.</p>
<p><sup><sup>[7]</sup></sup> S. Przybyszewski, <em>Na drogach duszy</em>, dz. cyt., s. 18-19.</p>
<p><sup><sup>[8]</sup></sup> S. Przybyszewski, <em>Naokoło śmierci</em>, Warszawa 1921, s. 13.</p>
<p><sup><sup>[9]</sup></sup> E. Boniecki, <em>Struktura</em>…, dz. cyt., s. 39.</p>
<p><sup><sup>[10]</sup></sup> S. Przybyszewski, <em>Na drogach</em> <em>duszy</em>, dz. cyt., s. 18.</p>
<p><sup><sup>[11]</sup></sup> Kwestię tę oraz zbieżność pojęciową szczegółowo omawia E. Boniecki w <em>Struktura</em>…, dz. cyt., s. 96-99.</p>
<p><sup><sup>[12]</sup></sup> S. Przybyszewski, <em>Ekspresjonizm, Słowacki i „Genezis z Ducha</em>”, Poznań 1918, s. 42.</p>
<p><sup><sup>[13]</sup></sup> Odczyt wygłoszony 12 marca w Sali Teatru Starego w Krakowie został opublikowany pt. <em>Naga dusza <br /> </em>[w:] „Nowa Reforma” 1922, nr  68-73 (bez nr 72).</p>
<p><sup><sup>[14]</sup></sup> Tamże, nr 68.</p>
<p><sup><sup>[15]</sup></sup> Zob. H. Rogacki, <em>Żywot Przybyszewskiego</em>, Warszawa 1987, s. 343.</p>
<p><sup><sup>[16]</sup></sup> E. Boniecki, <em>Struktura</em>…, dz. cyt., s. 82.</p>
<p><sup><sup>[17]</sup></sup> Tamże, s. 82.</p>
<p><sup><sup>[18]</sup></sup> S. Przybyszewski, <em>Naga dusza</em>, dz. cyt., nr 68.</p>
<p><sup><sup>[19]</sup></sup> Mistrz Eckhart, <em>Kazania</em>, przeł. i  opr. W. Szymona OP, Poznań 1986, s. 276.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><strong><strong>©</strong> Autor: Łukasz Słuszniak</strong></p>
<p style="text-align: right;">&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><strong><br /></strong></p>
]]></description>
</item>
<item>
<title>
Fragmenty wspomnień Stanisława Zenona Zakrzewskiego związane ze Stachem Przybyszewskim</title>
<link>
http://stachu-przybyszewski.pl/artykuly/5-Fragmenty-wspomnien-Stanislawa-Zenona-Zakrzewskiego.html</link>
<pubDate>
Fri, 06 Aug 2010 19:31:49 +0200</pubDate>
<description><![CDATA[
<p>&nbsp;</p>
<p>Fragmenty wspomnień <strong>Stanisława Zenona Zakrzewskiego</strong> (1890-1976), związane ze Stachem Przybyszewskim. <br />Wyboru fragmentów z autobiografii dokonał syn Pana Stanisława - <strong>Ludwik Juliusz Zakrzewski</strong>. Całość wspomnień ukazała się w formie książkowej pt. <strong>"Na wozie i pod wozem"</strong>. Można ją kupić w księgarni internetowej Prus24 pod adresem:<br /> <a href="http://prus24.pl/opis,2,9788373390812,na_wozie_i_pod_wozem.htm" target="_BLANK">http://prus24.pl/opis,2,9788373390812,na_wozie_i_pod_wozem.htm</a> <br /><br /><br /> <strong>Monachium (1917-18):</strong><br /><br /> „Wierzbicki wprowadza mnie w monachijski świat. Przede wszystkim do domu  Przybyszewskich. Składam wizytę pani Jadwidze i Stachowi. Oboje są  czarujący. Nie umiem powiedzieć co działa na ich korzyść, mają oboje coś  fascynującego w sobie. Proszą na czwartek, będzie u nich parę osób z  Polonii. Radzi będą i mnie w tym gronie zobaczyć i przyjąć. W czwartak  idę do Przybyszewskich. W teatrze mam w tym dniu przerwę, wychodne. Mam  czas dla siebie. Rok 1917 dał się odczuwać obcym, nie mającym źródeł  zakupu żywności, zmuszonym do kontentowania się kartkami i przydziałem  reglamentowanym. Wiem o tym. To też przychodzę – jak na Słowianina  przystało – z podarkiem w ręku. Nie jest to rzecz wykwintna, ale ważna w  gospodarstwie – słonina. Mam też i dla pana domu coś do picia. Wkupiłem  się od razu do łask obojga. Stare przysłowie francuskie i niemieckie  twierdzi to samo: małe podarki są zadatkiem wielkich przyjaźni. Tak też  się stało. Przyjaźń moja z Przybyszewskimi miała parę cykli, dat, miejsc  spotkania i różne oblicza. Zaczęli schodzić się goście. Hulewiczowie z  Kościanek: Jerzy – wydawca i pisarz, żona jest siostrą mego kolegi  Zygmunta Karpińskiego. Przyjechała do Monachium, uczyć się sztuki  introligatorstwa. Sztuka ta jest dobrze reprezentowana tutaj przez  zdolnych rzemieślników od galanterii oprawy książek. Hulewiczowie mają  majątek ziemski, Kościanki. Bywa u nich cyganeria poznańska szczególnie  ekspresjoniści, z którymi obaj bracia Jerzy i Witold są związani.  Nadszedł artysta malarz, mieszkający stale w Monachium, Stanisław  Korzeniewski, z którym spotkam się nie raz i w różnych okolicznościach.  Przyszedł August Zamoyski z żoną Ritą występującą jako tancerka pod swym  rodowym nazwiskiem Sacchetto, przyszedł artysta malarz Pełczyński,  stale mieszkający w Monachium od lat. Pełczyński jest dowodem, że można  ojczysty język zagubić, a obcego nie poznać. Mówi wolapikiem dziwnym  niemiecko-polskim. Gdy mu brak słowa polskiego używa niemieckiego i na  odwrót. Ma miłą żonę, pracującą na artystę, bo madame ma pracownię mody,  ma też dwie utalentowane córy: Olgę i Wandę. Obie urodziwe, każda w  innym typie, jedna tańczy druga śpiewa.  Można patrzeć na nie i słuchać  ich. Są też państwo Huttry, oboje w przejeździe przez Monachium. Madame  jedzie do Italii, gdzie w Viareggio prowadzi własny pensionat,  Aleksander związany jest z wydawcą Kościelskim. Jest autorem książki o  Galicji. Jest też dr Montowski, młody lekarz z Bydgoszczy odbywa służbę  wojskową. Nastrój miły, rodzinny, ciepły. Stach jako gospodarz troszczy  się o każdego gościa. Pani Jadwiga jako gospodyni ma niełatwe zadanie  taką rzeszę gości czymś przyjąć i obsłużyć. Deklaruję swą pomoc. Będę  podawał do stołu. Jest herbata, ciasto. Okazało się, że nie byłem  jedynym gościem, który zatroszczył się o zaprowiantowanie  Przybyszewskich. Hulewiczowie przywieźli różne smakołyki z majątku.  Montowski też otrzymał paczkę z domu i przyniósł wałówkę na przyjęcie.  Jednak tylko ja pomyślałem o tym, że nie samym chlebem żyje człowiek,  lecz musi też od czasu do czasu coś wypić. Miły nastrój dawał okazję do  popisu. Zamoyski zaprodukował się jako tancerz, wyręczył żonę która nie  chciała lub może nie mogła tańczyć. August dał popis trepaka jakiego nie  powstydził by się nawet Niżyński. Tańczyła z wielką gracją Olga  Pełczyńska. Zaśpiewała Wanda. Wieczór był wypełniony, pozostał w miłej  pamięci.”<br /><br /> „Odwiedzam Przybyszewskich. Lubię obserwować ich oboje. Stach jest  wzruszający gdy czeka na powrót Jadwigi. Chodzi po pokoju jak lew w  klatce. Gdy ona wróci – wita ją jak po dalekiej podróży. Tyle w nim  czułości jak u czułego kochanka. W ogóle rzeczywistość odbiega daleko od  obrazu, jaki sobie wyimaginowałem, znając Stacha tylko z opisów i  opowiadań. Szatan, naga dusza. Nic z tych rzeczy w nim nie znajduję. Ani  alkoholik, ani narkoman, ani zwyrodnialec. A przy tym ma dziwny czar,  posiada sztukę zjednywania ludzi, robiąc to bez wyrachowania,  bezinteresownie. Cóż mogło mu na mnie zależeć? Możliwości moje były  ograniczone, nie dysponowałem ani stosunkami ani majątkiem. Od czasu do  czasu przyniosłem jakiś ochłap tłuszczu czy mięsiwa, wstydząc się nieraz  go wręczyć Jadwidze. Czasami przyniosłem butelczynę, którą razem  wytrąbiliśmy. A Stacha uwielbiam, podziwiam, poznaję za każdym razem  nową jego zaletę. Nie znam się na muzyce na tyle, abym mógł ocenić jego  talent. Gdy słucham jego gry na fortepianie, tych wariacji i  improwizacji na temat Chopina – jestem jak w transie. Dla mnie jest on  Paderewskim. Ulegam czarowi tej muzyki. Fortepian chodzi wtedy po  pokoju. To dziwne. Mówiono, że Paderewski, człowiek o słabej kondycji  fizycznej – potrafił tak grac, że instrument skakał w takt muzyki. Moje  skromne dary zostały wysoko ocenione, bo właśnie brakło wszystkiego w  domu. Kartki były skąpe. Hulewiczowie od czasu do czasu przysyłali  paczki, ale w Polsce też się nie przelewało już wtedy. Połowa roku 1917.  Głód groził.<br /><br /> Zaglądam często do biblioteki państwowej, świetnie wyposażonej w dzieła  unikalne. Siedzę zagłębiony w lekturę. Pasjonowała mnie wtedy historia  herezji. Trafiłem na dzieło Kardynała Hergenröthera o tej tematyce.  Czuję, ze ktoś przez ramię zagląda do mojej lektury. Odwracam się, widzę  Stach:<br /> – Pokaż, co czytasz?<br /> Pokazuję, daje mu do ręki, a właściwie robię mu miejsce, aby usiadł koło  mnie. Przybyszewski siadł, księgę o dziełach herezji zabrał i sam się w  niej zagłębił. Zostawiłem go zaczytanego. Nie zauważył mego odejścia. W  ten sposób narodziła się koncepcja książki „Il Regno Doloroso”, której  ustępy cytowane według kardynała w języku łacińskim, nie nadawały się do  przekładu na język polski. Sam autor był zresztą też na indeksie razem  ze swoją historią herezji. Watykan potępił to dzieło. <br /><br /> Nie przelewało się wtedy u Przybyszewskich. Czułem nie raz, że brak im  drobnych na codzienne wydatki. Wojna odcięła autora od wydawców. Nie  sprzyjała twórczości na którą nie było zapotrzebowania: Inter arma  silent Musae… Przykro było odczuwać, że artysta wielkiej miary, pisarz  który inspirował tylu twórców nawet geniuszy, pobudził do życia śpiący  gród krakowski, przeżywał własną sławę w niedostatku. Nigdy jednak  Przybyszewski nie skorzystał z mojej aluzyjnej, delikatnej propozycji  pomocy finansowej. Był dziwnie uczulony na tym polu. Mogłem moje próby  ograniczyć do podarków konsumpcyjnych. Pomocy w innej postaci nie  akceptował. Dlatego z takim zdziwieniem czytam opinię o nim, jako o  mistrzu pompowania zaliczek od wydawców. Śmieszne to były zaliczki. A i  wydawcy byli skromni. Wyjątek stanowił Kościelski, jako mecenas raczej  niż wydawca. Zachowałem dla obojga Przybyszewskich wspomnienia jak  najlepsze, a odejście ich ze świata odczułem jak stratę bliskich  przyjaciół.”<br /><br /><br /> <strong>Gdańsk (1924-25):</strong><br /><br /> „W Gdańsku są Przybyszewscy. Stach dostał posadę na kolei, w Dyrekcji  Kolejowej. Zagląda do mnie od czasu do czasu. Mam dziwny sentyment dla  nich obojga. Polubiłem ich w Monachium. Stach był dla mnie zawsze wzorem  dżentelmena w stosunkach z Jadwigą. On ją naprawdę kochał. Nie mógł  znieść jej nieobecności w domu. Chodził wtedy jak zwierz w klatce po  pokoju. Przybyszewscy mieszkają w Sopocie. Mają – jak zawsze – piękne  mieszkanie na górze z widokiem na morze, z wykuszem, z loggią, z  fortepianem. Bywa u nich sporo ciekawych ludzi z Polski i ze świata.  Nieszczęściem dla Jadwigi jest sopockie Kasyno. Bywa tam zbyt często w  towarzystwie Zosi Kaźmierskiej. Efekt gry – znany. Mimo to Stach nawet  nie skarży się nikomu na Ichutka. <br /><br /> Przybyszewski był dziś u mnie. Mówi, że się wybierał od paru dni, lecz  nie mógł się zdecydować na wyjście z biura podczas godzin pracy.  Dlaczego? Czy mu szef zabraniał? Wyjaśnia:<br /> – Pytam mego szefa czy mogę pójść na miasto. Odpowiada mi: „moje dla  mnie”. Nie wiem co to znaczy, myślę że ma obiekcje, więc siedzę i myślę  co to znaczy: „moje dla mnie”? Aż wreszcie wpadam na genialną myśl, mam  rozwiązanie. Ten gbur pomorski, mój szef, mówiąc: „moje dla mnie” ma na  myśli niemieckie: Meinetwegen... A Meinetwegen znaczy: jeżeli o mnie  chodzi, to może pan iść na zbity łeb...! Więc wyszedłem wreszcie no i  jestem u ciebie… Stach wyciąga z kieszeni manierkę, płaską, aluminiową.  Pusta! Biorą ją od niego. Napełniam, oddaję właścicielowi.<br /> – Mam do ciebie prośbę. – mówi.<br /> – Zawsze do usług, – odpowiadam. – mów o co chodzi.<br /> – Chciałbym abyś odwiedził moją córkę Panieńską, oddał jej tę paczuszkę i  powiedział żeby do mnie przyszła do biura na kolei. Niech się umówi ze  mną telefonicznie.<br /> Zgoda. Załatwię. Doręczę prezent od ojca. Powiem jak ma postąpić, aby  nie budzić zazdrości pani Jadwigi, która nie znosi potomstwa Stacha, ani  ślubnego, ani innego.<br /><br /> W myśl polecenia Stacha idę do Panieńskiej. Jest żoną nauczyciela  tutejszego gimnazjum. Zastaję ją w domu samą. Leży otoczona książkami na  temat Rewolucji Francuskiej, po polsku i po francusku. Przyniosłem jej  od ojca francuskie perfumy, które uwielbia (tak jak rewolucję!).  Podarowałem od siebie paczkę kawy (jest kawomanką) i mówię, żeby starała  się zobaczyć z ojcem na terenie Dyrekcji Kolejowej. Panieńska robi na  mnie wrażenie niesamowite. Nie odpowiada na pytania, nie prowadzi  rozmowy. Ja wygłaszam monolog i nie mogę namówić jej na dialog. Wychodzę  bez przekonania, że mnie zrozumiała i postara się o kontakt z ojcem.<br /><br /> Jesteśmy z wizytą u Przybyszewskich. Jak zawsze tak i dziś jest  atrakcja. Odwiedził ich znany w Warszawie i dalej, dr Radwan-Pragłowski,  jasnowidz, hipnotyzer, iluzjonista, odgadywacz myśli itd. Jest w  towarzystwie damy o wybitnej urodzie, jak przystało na magika. Każdy z  nich występuje nie sam lecz zawsze w towarzystwie osoby która rozprasza  uwagę skoncentrowaną na magiku. Radwan zaprasza tym razem do pomocy i  moją żonę. Ta godzi się skwapliwie na współpracę z magiem. Będzie mu  pomagała rozwiązywać zagadki. I robi to doskonale. Naprowadza go na  ukryte przed nim przedmioty, pomaga odczytywać napisy, odgadywać  zawartość portfelu itd. Nie ulega kwestii, że Radwan-Pragłowski posiada  piąty zmysł, jest doskonałym psychologiem. Narzuca swą wolę medium które  z nim pracuje. Seans udany pod każdym względem. Stach, amator muzyki,  zaprasza do siebie pianistki, Chopinistki. Jedną z nich jest panna  Majchrzak, blondyna wspaniałej tuszy. Majchrzakówna uwielbia Stacha,  czemu daje wyraz przy każdej okazji i różnej postaci. Te wybuchy uczuć  wywołują szał zazdrości u Jadwigi, która nie znosi Majchrzakówny i  mogłaby ją utopić w łyżce wody. A Majchrzakówna gra jak młody Mozart,  pije wódę jak smok, rzuca się na Stacha jak pantera i obcałowuje go jak  może.<br /><br /> Rodzinne stosunki Stanisława Przybyszewskiego, niesłychanie pogmatwane,  skomplikowane, mogą budzić niepokój pani Jadwigi. Rozumiem. Szczególnie  gdy chodzi o latorośle nieślubne, rozproszone po świecie. Niezrozumiałym  jest dla mnie natomiast stosunek do dzieci ślubnych i w dodatku bardzo  udanych i nie nastręczających powodów do unikania stosunków z nimi.  Dotyczy to w pierwszej linii syna, Zenona Przybyszewskiego,  przebywającego na placówce dyplomatycznej szwedzkiej i córki, baronowej  Westrup, żony dyplomaty szwedzkiego. Jest jeszcze jeden syn, świetny  muzyk, przebywający w Sowietach. Z tym synem utrzymuje Stach podobno  stosunki korespondencyjne. Dotarło do mojej wiadomości, że Stach miał  bardzo szorstko odpowiedzieć synowi na jeden z jego 1istów. Odpowiedź w  tym rodzaju: „Jak będziesz miał talent – to się wybijesz, jeżeli go nie  masz, to zdechniesz jak pies pod ławą…”. Trudno mi uwierzyć tej wersji.  Nie jest ona w stylu Stacha, który ma w sobie wiele dobroci i  łagodności, chyba nawet wrodzonej. A jednak pewnego dnia byłem  niezmiernie zdziwiony gdy Stach zapowiedział spotkanie u mnie ze swą  córką, baronową Westrup. Nie pamiętam dziś detali, które towarzyszyły  spotkaniu, nie znam też przyczyn które kazały córce przyjeżdżać do ojca  do Gdańska. Istotnym jest to, że nawet z rodzoną córką ślubną, nie mógł  spotkać się we własnym mieszkaniu, lecz musiał korzystać z obcej meliny.  Być może, że Szwedka – po wizycie u mnie – była później u  Przybyszewskich w Sopocie. Tego nie wiem. Zawsze byłem dyskretny i nie  indagowałem nikogo, kto nie chciał lub nie mógł dzielić ze mną własnych  spraw. Zdumiewająca była metamorfoza w tym człowieku. Meteor, błyskawica  na firmamencie światowej literatury, pisarz o niezwykłej sile  ekspresji, hipnotyzer, sugestioner, wybierający wpływ na młode  pokolenie, w dodatku – wedle oceny współczesnych centusiów – wpływ  wielce szkodliwy, bo obnażający ciało i dusze – stał się pokornym,  skromnym robaczkiem świętojańskim na stare lata. I w tej karnacji był  czarującym, ujmującym człowiekiem przez duże „C”. Możliwe, że zazdrość  pani Jadwigi przybierała takie drastyczne formy, że Stach nie chciał  narażać nikogo obcego czy bliskiego na uczestniczenie w tego rodzaju  objawach. Mieliśmy zresztą okazję do przeżywania niesamowitej historii,  jaka na tle zazdrości, zdarzyła się w domu naszych przyjaciół. U Kuhnów.<br /><br /> Boguś Kuhn, człowiek na odpowiedzialnym stanowisku socjalnym i  państwowym – był honoris causa – skarbnikiem Macierzy Szkolnej.  Zbieraliśmy wtedy pieniądze na budowę polskiego gimnazjum w Gdańsku.  Pewnego dnia przychodzi do Gminy Polskiej anonim. Autor demaskuje  Bogusia jako defraudanta, który rujnuje się na kochankę wydając  pieniądze Macierzy Szkolnej na ten cel. Sprawa przykra. Znamy Kuhna z  najlepszej strony, jako człowieka o nieskazitelnej opinii, ofiarności  społecznej, pełnego patriotyzmu typowego dla Lwowiaków. Co robić? Moja  rola jest szczególnie przykra. Jestem w tym czasie honorowym Sekretarzem  Gminy Polskiej i właśnie do mnie trafił ten anonim. Radzę się  Przybyszewskiego jak postąpić. Stach, który zna Bogusia równie dobrze  jak ja, mówi:<br /> – Pokaż mu ten list, niech odczyta i niech sam zadecyduje co dalej zrobić.<br /> Tak też postąpiłem. Boguś przeczytał list, oddał mi go i mówi:<br /> – Przykro mi niezmiernie, bo wiem kto jest autorem anonimu. Ale – tym  nie mniej – musicie zrobić dochodzenie, musicie sprawdzić Kasę Macierzy,  zrobić kontrolę działalności finansowej naszego zespołu, dysponującego  kredytami i wydatkami. Nie ma innej rady i ja o to bardzo proszę  osobiście.<br /> Zrobiliśmy fachową kontrolę Kasy i działalności komisji finansowej. Nie  brakowało ani grosza, nie było nic do zarzucenia, nie było żadnych  podejrzeć. No a jak z autorem anonimu? Ekspertyza wykazała, że autorką  donosu była żona Bogusia, pani Kuhnowa. Zazdrość powodowała osoba  prowadząca, również honorowo, księgowość Macierzy Szkolnej, a więc  podlegająca Kuhnowi służbowo. Dama urodziwa i niezależna. Na tym tle  powstała zazdrość pani Kuhnowej.”<br /><br /> „Nie tak łatwo oderwać się od rzeczywistości. Znów przychodzi do mnie  Stach Przybyszewski. Tym razem przygnębiony i smutny niebywale. Ma  kłopoty z bratem, Leonem Przybyszewskim. Znam te sprawy. Pamiętam, że  już podczas mojej bytności w Grudziądzu dochodziły mnie słuchy, że Leoś  pracuje dla Niemców, pełniąc funkcję naszego Konsula w Kwidzyniu. Leona  znów podejrzewają o szpiegostwo na rzecz Rzeszy, wzywają go do Warszawy  dla wyjaśnienia sprawy. Leon boi się jechać. Stach go namawia ale  chciałby mu dać glejt gwarantujący, że go nie posądzą w pace. Dziwne  żądanie, jak temu sprostać i co ja mogę? Mówię Stachowi jaki jest mój  pogląd na sprawę Leona. Trudno udzielać gwarancji za kogoś do kogo nie  ma się zaufania. A ja Leosiowi nie dowierzam. Stach też nie, ale  obowiązek obowiązkiem. Jest starszym bratem, zastępuje ojca, musi go  ratować. Leon był u mnie po wizycie Stacha, poradziłem mu aby jechał i  to zaraz. Nieobecni nie mają racji. Skoro ma argumenty na swoją korzyść,  to musi je przedstawić i nikt tego lepiej od niego nie zrobi. Leon  pojechał do Warszawy. Wrócił zdrów i cały. Stach dziękował mi za  przysługę, choć nie miałem żadnej w tym zasługi. Ani wiary w Leona!”<br /><br /> „Wyjazd Kuhnertów, jako prawnych lokatorów mieszkania na Holzmarkt 5  powoduje konieczność zmiany lokalu. Przenoszę biura firmy „Bałtyk” (w  likwidacji) i Biura Ogłoszeń „Polanonce” do lokali Banku Przemysłowców  na Langegasse. Tu też przeniosę i przechowam do czasu wyjazdu z Gdańska  nasze własne meble i graty. Wyjeżdżają również Przybyszewscy. Stach jest  zaangażowany przez Prezydenta R.P., Stanisława Wojciechowskiego,  nominalnie na pracownika Kancelarii Cywilnej. Przybyszewscy zamieszkają  na Zamku Królewskim, w Pałacu pod Blachą. Intendent Zamku, Bronisław  Kupść urządzi im miłe gniazdko, nawet z fortepianem, na którym Stach  będzie improwizował na tematy chopinowskie. Przybyszewscy mają kłopot z  gospodynią, bo kontrakt mają do maja przyszłego roku. Decydujemy z żoną:  bierzemy mieszkanie po nich dla siebie. Jest piękne, dobrze położone bo  na górze, więc nie trzeba biegać od stacji do domu z góry i pod górę,  bo jest na poziomie stacji. A odległość: Gdańsk-Sopot coraz mniejsza. <br /><br /> Urządzamy przyjęcie pożegnalne dla Przybyszewskich na Holzmarkt 5.  Zapraszamy przyjaciół wspólnych. Zebrało się dwadzieścia parę osób.  Nastrój jak na stypie pogrzebowej. Przemawiam. Mówię, że cieszymy się że  oni wyjeżdżają, cieszymy się bo wreszcie Stach nie będzie potrzebował  wycierać stołków po biurach pocztowych czy kolejowych, lecz zamieszka    tam gdzie powinien – na Zamku. Smutna dola pisarza piszącego po polsku.  Gdyby Stach pisywał nadal po niemiecku, byłby dziś potentatem  finansowym, a tak – jest ubogim krewnym. Wprost nie do wiary, że pisarz  tej miary, którego dzieła są tłumaczone na różne języki świata łącznie z  japońskim, który figuruje w encyklopediach krajów obcych, łącznie z  japońską, bo sam widziałem wzmianki o nim w tej encyklopedii; którego  sztuki teatralne, dramaty grają na scenach obcych; widziałem będąc w  Monachium sztukę „Śnieg” graną przez tamtejsze Kammerspiele – musi  siedzieć na łaskawym chlebie u Prezydenta, jak dawnej maści rezydent u  wielmożów. A przecież Przybyszewski to właśnie ten wielmoża, który u  siebie mieć powinien rezydentów, braci po piórze mniej sławnych mniej  poczytnych niż on sam. Tym przemówieniem bractwo się rozczuliło: dużo  wódki wypiło. Nie żałowałem napojów i trunków. Napierała Wojtek czuwał  aby nie zabrakło. Dwa razy wychodził po nowy zastrzyk do „Elite” (jego  kawiarnia na rogu Holzmarkt!).”<br /><br /><br /> <strong>Warszawa (1926-27)</strong><br /><br /> „Licho nie śpi. Idzie nowy atak. Tym razem ze strony nieoczekiwanej, od  niektórych dzienników prorządowych. Pretensje o przydział ogłoszeń, o  popieranie za lojalność, za miłość dla Marszałka, za zasługi na polu  chwały… Atak gwałtowny, niewybredny, oskarżenie, że PAT faworyzuje prasę  opozycyjną, przekarmia ją ogłoszeniami z krzywdą dla organów rządu.  Skargi nie docierają do premiera, szukają więc drogi do Becka, do  Sławka, szukają sprzymierzeńców w walce. Skłamałbym gdybym twierdził, że  mnie to wszystko nie ziębi i nie grzeje. Widzę, że wplątałem się w  matnię i to dobrowolnie. Porobiłem sobie wrogów, a nie mogę powiedzieć  jak Bismarck: „mögen Się mich hassen, sollen mich fürchten…!”. Kogo  mieliby się bać, małego Zakrzewskiego? Żarty. Najaktywniej atakuje  „Dziennik Wileński”, pismo wychodzące „z wykluczeniem publiczności”.  Nikt go nie czyta. Wilno ma świetną prasę, właśnie opozycyjną. „Słowo”  wileńskie Cata-Mackiewicza jest często komentowane przez prasę  stołeczną. Jest świetnie redagowane, ma doskonałą publicystykę i wyraźne  oblicze – monarchistyczne! Dyrektor Dziennika Wileńskiego, Kazimierz  Okulicz, przyjeżdża do Warszawy, aby ratować swój organ, rozprawić się z  wrogiem. Skarga na PAT idzie przez Związek Legionistów, trafia do  Bartla. Zarzut jest natury politycznej: popieranie prasy antyrządowej z  krzywdą dla sympatyków rządu. Jak się bronić przed atakiem? Oddział PAT-  Wilno daje informacje na temat nakładu tego pisemka. Nakład znikomo  mały. Opinia o piśmie – vox populi? Nikt go nie czyta. Nie ma nic do  czytania w nim. Opinia dociera do wiadomości czynników,  subwencjonujących prasę prorządową. Efekt jest nieoczekiwany dla  wydawcy: dalsze wydawanie pisemka pod znakiem zapytania. Akcje PAT-a  poszły w górę. Wróg – do Canossy.<br /><br /> Walka wymaga sprzymierzeńców. Na kim mam się oprzeć w razie dalszych  ataków? Rozpętałam burzę, obudziłem żywioły. Łatwo kark skręcić w takiej  sytuacji. Trzeba szukać oparcia. Ale gdzie? Odwiedzam Przybyszewskich  na Zamku Królewskim. Miły wieczór, nie bez atrakcji, bo nawet  urozmaicony grą i śpiewem, występem Intendenta Zamku, Bronisława  Kupścia. W toku rozmowy z nim okazuje się, że mój kolega z Akademii  Eksportowej, dr Zygmunt Skowroński, pełni u prezydenta Ignacego  Mościckiego funkcję zastępcy szefa Kancelarii Cywilnej, którym był wtedy  dr Bronisław Pełczyński. Dobrze wiedzieć. Wybiorę się z wizytą do  Zygmunta Skowrońskiego, z którym rozstałem się w roku 1914, gdy robił  doktorat we Wiedniu.”<br /><br /><br /> „W dniu 23 listopada żegnam przyjaciela. Odszedł od nas Stanisław Przybyszewski. Noszę po nim żałobę w sercu.”<br /><br /><br /> <strong>Warszawa (1940):</strong><br /><br /> „Dowiaduję się przypadkowo, że mój znajomy, redaktor Leon Przybyszewski,  brat Stanisława, pisarza, pracuje z Niemcami. Nie dziwi mnie ta  wiadomość, bo już w roku 1925 Stach Przybyszewski prosił mnie o glejt  dla Leona, którego wezwano do Warszawy na przesłuchanie. Były  podejrzenia, że już wtedy działał na rzecz Niemiec. Leon się wtedy  wyłgał. Telefonuję do Leona. Rozmawiam z żoną jego. Janka obiecuje, że  powie Leonowi gdy wróci, że dzwoniłem i spowoduje, że Leon do mnie  zadzwoni. I rzeczywiście. Po godzinie jest telefon od Leona. Mówię, że  chciałbym go zobaczyć, bo mam jedną sprawę do omówienia. Proponuje  spotkanie w Alejach, przy Placu na Rozdrożu, następnego dnia o godzinie  12 w południe. Zgoda. Ustalone, umówione.<br /><br /> Spotykam Przybyszewskiego następnego dnia w Alejach. Idzie w moim kierunku. Ćpa czekoladę. Po przywitaniu strzelam:<br /> – Słuchaj, Leoś. Ja na prośbę Stacha nie raz interweniowałem w twojej  sprawie w Sztabie. Wiesz o tym. Wiesz jakie stosunki łączyły mnie ze  Stachem. Teraz twoja kolej. Musisz mi pomóc. Bartka złapali podczas  łapanki i wywieźli do Oświęcimia. Chłopak ma 16 lat, prawie dziecko.  Pomóż go stamtąd wydostać.<br /> Leon żre czekoladę (mnie nie częstuje), wreszcie stawia dziwne pytanie:<br /> – Powiedz mi, skąd ty wiesz, że ja pracuję z Gestapo.<br /> Wcale tego nie mówiłem ani sądziłem. Jestem zaskoczony dziwnym pytaniem. Ten jednak nie czeka na odpowiedź, a mówi:<br /> – Możesz bez mojej pomocy i bez trudności wydobyć chłopca z matni. O ile pamiętam – jest on urodzony w Monachium.<br /> – No to co z tego? – pytam.<br /> – Zgłoś go do Hitler-Jugend. Chłopak pojutrze będzie w domu.<br /> – Gdybym miał ten zamiar nie potrzebowałbym pomocy pana konsula. Mówmy  realnie. Nie zamierzam nawracać ciebie na wiarę przodków. I ty nie  nakłaniaj mnie do miłości dla Führera. Chłopca muszę wydobyć za każdą  cenę.<br /> Cena. Dźwięk tego słowa zelektryzował Przybyszewskiego. Zwraca się do mnie z konkretną propozycją:<br /> – Byłem wczoraj na Placu Hitlera, na ul. Ossolińskich. Prowadzi tam  Antykwariat twój dawny podkomendny, Józef Głowacki. Widziałem obraz  Szernera, który mi się podobał. Głowacki poinformował mnie, że ty dałeś  mu Szernera w komis.<br /> – Dostaniesz Szernera. Gdzie go odesłać?<br /> – No, poczekajmy aż Bartek wróci z Oświęcimia.<br /> Nie wiem czy przemawia przez niego przyzwoitość, czy wątpliwość w to, że Bartka uda się wydobyć.<br /> – Muszę już iść. – mówi Leon. – Umowa stoi. Czekaj na wynik.<br /> Rozstałem się z Przybyszewskim. Poszedł prosto na Schucha. Może w sprawie Bartka? Nie bądźmy optymistami.”<br /><br /><br /> Ostatni fragment dotyczy <strong>Makarego Bartłomieja Zakrzewskiego ps. „Skała”</strong> – jego wspomnienia ukazały się w 2009 roku w wydawnictwie ZP Grupa:  <a href="http://www.empik.com/skala-wspomnienia-z-lat-1924-1945-ksiazka,prod23940057,p" target="_blank">http://www.empik.com/skala-wspomnienia-z-lat-1924-1945-ksiazka,prod23940057,p</a><br /><br /><br /><br /> <strong>Stanisław Zenon Zakrzewski</strong> (ur. 22 XII 1890 r. w Warszawie, zm. 12 II 1976 r. w Warszawie).  Uczestnik strajku szkolnego w 1905 roku. <img style="margin: 10px 10px 10px 0pt; float: left;" title="Stanisław Zenon Zakrzewski ok. 1923 roku" src="http://stachu-przybyszewski.pl/img/SZZ1923.jpg" alt="" hspace="5" vspace="5" align="left" /> Maturzysta Szkoły Ziemi Mazowieckiej w 1911 roku. Studiuje w Akademii  Eksportowej w Wiedniu, działacz Stowarzyszenia Akademickiego „Ognisko”,  Komisarz „Drużyn Strzeleckich”. Po denuncjacji Naczelnego Komitetu  Narodowego i ucieczce z Wiednia do Monachium, wcielony do armii  bawarskiej w 1915 roku. Ranny na froncie w Wogezach (odznaczony Żelaznym  Krzyżem), ranny pod Verdun (odznaczony Bawarskim Krzyżem z Koroną i  Mieczami). W kwietniu 1918 roku przeniesiony do Dywizji Bawarskiej na  froncie wschodnim, pełni stanowisko Komisarza d/s Włościańskich w  Kolnie. W Kolnie organizuje Polską Organizację Wojskową, w listopadzie  rozbraja Niemców. Też w listopadzie 1918 roku skierowany ze Sztabu  Generalnego (SG) w Warszawie do Batalionu Kaszubskiego i Organizacji  Wojskowej Pomorza. Za udział w rozbrajaniu Niemców odznaczony Orderem  Virtuti Militari. Od 1919 roku adiutant generała Aleksandra Osińskiego w  Dowództwie Okręgu Generalnego Łódź oraz w Generalnym Inspektoracie  Piechoty w Warszawie. Od 1919 roku jednocześnie w Oddziale II SG.  Współorganizator spotkania trzech Józefów (Piłsudskiego, Hallera,  Muśnickiego) w Kaliszu (27 V 1919). Oficer łącznikowy SG z aliancką  Misją Plebiscytową w czasie Plebiscytu Warmińsko-Mazurskiego w lipcu  1920 roku. W czasie wojny bolszewickiej w 1920 roku oficer łącznikowy z  Misją Wojskową pod dowództwem generała Maxime Weyganda (z kapitanem Ch.  de Gaulle) – odznaczony za walki z bolszewikami Krzyżem Walecznych. W  1921 roku delegowany ze SG do likwidacji Straży Mazurskiej i Zachodniej  Straży Obywatelskiej. Od 1922 roku attache morski w Komisariacie  Generalnym RP w Wolnym Mieście Gdańsk. Następnie od 1923 roku Konsul RP w  Monachium. Po powrocie do Gdańska w 1925 roku, formalnie przeniesiony  do rezerwy (ale nie wycofany ze struktur „Dwójki”), dyrektor firmy  „Bałtyk” (Gdański Handel Zamorski), dyrektor Targów Gdańskich, sekretarz  generalny Gminy Polskiej w Gdańsku, dyrektor biura ogłoszeń i reklam  „Polanonce”, redaktor naczelny „Gazety Gdańskiej”, korespondent  dzienników: „Polonia” (Katowice) i „Rzeczpospolita” (Warszawa), „Kurier  Warszawski” i „Kurier Poranny”. Po przewrocie majowym w 1926 roku  wezwany przez Józefa Becka do Warszawy, obejmuje stanowisko prokurenta  Polskiej Agencji Telegraficznej (PAT) na mocy porozumienia z Rządem RP i  przy pełnej akceptacji Premiera Kazimierza Bartla (wcześniej odmawia  przyjęcia stanowiska wojewody pomorskiego). W PAT zajmuje później  stanowiska dyrektora oddziałów ogłoszeń i reklamy, wydawnictw, filmowego  oraz stanowisko wicedyrektora agencji (od 1929 roku) nieprzerwanie  (jako jedyny z wielu oficerów Dwójki w dyrekcji PAT) do momentu  aresztowania przez Gestapo w październiku 1939 roku. Prawdopodobnie  jeden z najbardziej zaufanych oficerów Oddziału II SG i współpracowników  Józefa Becka przez cały okres do wybuchu II Wojny Światowej. W 1928  roku zakłada Polski Związek Reklamowy w Warszawie oraz Kontynentalny  Związek Reklamy w Paryżu, członek Rady Administracyjnej Międzynarodowego  Związku Reklamy (IAA) z siedzibą w Nowym Yorku. Prowadzi wykłady z  dziedziny reklamy w Instytucie Naukowej Organizacji oraz jest profesorem  Wyższej Szkoły Dziennikarskiej w Warszawie. Od 1930 roku członek Rady  Naczelnej Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism. Inicjuje  Koło Artystów Grafików Reklamowych – w latach 1935 i 1938 wydaje dwa  „Roczniki” tego koła. Jest autorem wielu publikacji z dziedziny  propagandy i reklamy, redaguje miesięcznik „Reklama” (od 1929 roku). Od  roku 1936 członek warszawskiego oddziału „Rotary Club”. W roku 1937  odznaczony Francuska Legią Honorową oraz Krzyżem Niepodległości, Polonią  Restituta i Złotym Krzyżem Zasługi. Od 1928 roku we władzach  Yacht-Klubu Polski oraz Polskiego Związku Żeglarskiego. W czasie obrony  Warszawy w 1939 roku, odpowiedzialny za budynki PAT oraz Pałac  Namiestnikowski. Po odmowie prowadzenia PAT dla Niemców aresztowany  przez Gestapo 16 X 1939, osadzony w więzieniu na Daniłowiczowskiej,  potem w kwietniu i maju 1940 roku na Pawiaku. Od 1941 roku praca  pedagoga, jawna i konspiracyjna. Od sierpnia 1944 do maja 1945 roku w  jenieckim obozie pracy fabryki IG Farben w Rottweil. Po powrocie do  kraju zakłada firmę „Sztuka i Reklama” –  „SiR” atelier u Braci  Jabłkowskich. Od 1946 roku Redaktor Naczelny Wydawnictw Morskich w Lidze  Morskiej („Morze”, „Młodzież Morska”, „Gazeta Morska”). W 1948 roku  Przewodniczący Sekcji Wodnej Wystawy Ziem Odzyskanych we Wrocławiu. W  latach 1950-1955 kierownik Wydawnictw Bankowych w Banku Gospodarstwa  Krajowego (potem przemianowanego na Bank Inwestycyjny). W 1955 doradca  Prezesa Polskiej Izby Handlu Zagranicznego oraz doradca d/s. reklamy  Dyrektora Państwowego Wydawnictwa Naukowego.  W 1955 członek-założyciel  Klubu Marynistów Polskich. Po 1955 roku Przewodniczący Rady Programowej  Przedsiębiorstwa Usług Reklamowych „Reklama” oraz doradca Rady  Programowej Reklamy w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego. Od 1946 roku  zaangażowany przy reaktywacji Yacht-Klubu Polski i Polskiego Związku  Żeglarskiego – pracuje jako sędzia regatowy oraz jest we władzach obu  związków do końca życia. Odznaczony złotą odznaką „Zasłużonego  Pracownika Morza” i złotą odznaką „Zasłużonego dla Żeglarstwa  Polskiego”.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><br /></strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong>© Autor: Ludwik Juliusz Zakrzewski</strong></p>
<p style="text-align: right;">&nbsp;</p>
]]></description>
</item>
<item>
<title>
Rekonstrukcja religijno-filozoficznych koncepcji kosmologicznych w twórczości Przybyszewskiego</title>
<link>
http://stachu-przybyszewski.pl/artykuly/4-Rekonstrukcja-religijno-filozoficznych-koncepcji-kosmologicznych.html</link>
<pubDate>
Wed, 04 Aug 2010 21:11:14 +0200</pubDate>
<description><![CDATA[
<p><em>Jest to rozdział z pracy magisterskiej pisanej na Uniwersytecie Jagiellońskim przez Panią Katarzynę Sikorę.</em><br /><br /> W literaturze modernistycznej występuje wiele mitów opowiadających o  początku dziejów. Są to zarówno mity kosmogoniczne, antropologiczne, jak  i religijne, tworzą one często, choć nie zawsze, swoistą całość. W  ujęciu Przybyszewskiego dominuje mit kosmogoniczno – symboliczny a swoją  kosmologię tworzy w oparciu o koncepcje pochodzące z wielu kultur. <br /> Geneza świata jest u Przybyszewskiego ujęta jako polaryzacja Absolutu na  wiecznie zmagające się, antynomiczne siły dobra i zła. Ponieważ  człowiek nie uczestniczył w stworzeniu świata (jako że świat zaistniał  przed nim), nie jest odpowiedzialny za rozdarcie na płcie, przeciwne  połówki, nie jest tym samym odpowiedzialny za zło. Człowiek ponadto może  poznać genezę świata poprzez dotarcie do nieświadomych rejonów duszy -  „nagiej duszy”, ponieważ ta część człowieka jest pierwiastkiem boskim i  ma możliwość odtworzenia, początku świata.<br /><br /> <strong>1.1. Powstanie świata.</strong><br /> Wedle Przybyszewskiego przed początkiem świata istniała Jedność,  Absolut, Pełnia. Jest ona źródłem, z którego pochodzi cała energia, a  także początkiem, z którego wyłania się byt. Prapoczątek znajduje się  poza czasem historycznym i wyznacza metafizyczny poziom bytu.<br /> Świat powstał w wyniku rozproszenia się (emanacji) Absolutu. Powodem  podziału była chuć - pożądanie, które można utożsamiać z indyjską kamą.  Kosmokreatorem okazuje się być w dużej mierze chuć. Pierwiastki boskie  emanując zostały uwięzione w materii. Przybyszewski, dla pełnego ujęcia  swej wizji, wzbogaca powyższy schemat o wątki pochodzące z wielu różnych  kosmogonii. Tym samym na prosty schemat nakłada wiele różnych aspektów i  czyni go bardziej interesującym.<br /> W początkowych akapitach Requiem aeternam odnajdujemy nawiązania do  mitów stworzenia występujących w innych kulturach niż chrześcijańska  Jednak punktem wyjścia dla pisarza jest Biblia. Otwierający utwór  incipit jest przekształceniem słów Ewangelii Św. Jana i jest zarazem  nawiązaniem do najstarszego poematu religijnego jakim jest Rigweda,  brzmi on: <em>Na początku była chuć. Nic prócz niej, a wszystko w niej  (...) To siła, co sprowadza mięszanie się i rozdzielanie, twórczyni,  pokarm i niszczycielka. To siła, z którą Ja – bóg, gdym świat z siebie  wyrzucił, atomy na siebie ciskałem, to zaciekłość, z jaką się z sobą  sprzęgały, w pierwiastki się wiązały i w światy całe łączyły</em><sup>1</sup>. Przywołana zostaje tutaj także formuła siaktów: <em>Na początku była Kali, Moc Życiowa.</em> Przy czym <em>Kali</em> – jak pisze Gabriela Matuszek – <em>oznacza  rodzaj seksualnej energii oraz (przypomina) rozmaite poglądy wschodnich  religii i kultur, w których istota świata polega na dwubiegunowym  płciowym spolaryzowaniu</em><sup>2</sup>. <br /> Po omówionym incipicie pisarz przywołuje i kombinuje ze sobą kolejne koncepcje: <em>Nieskończoność  Anaksymandra, co wszystko z siebie wyłoniła, święty ogień Heraklita,  który pochłania niknące światy i nowe byty z nich wyprowadza, Duch Boży,  co się unosił nad wodami, gdy jeszcze nic nie było prócz Mnie</em><sup>3</sup>.  Jak możemy zauważyć powstały świat swoją genezę wywodzi z chuci, która  leży u prapoczątku i posiada wiele cech androgynicznych. Jak pisze  Matuszek: <em>Chuć pojmowana przez Przybyszewskiego jako boski  androgyniczny prapoczątek element sprawczy wszelakiego rozwoju  "pojmowanego tu w aspekcie metafizycznym i biologicznym", jest  powrotem  do pierwotnych, archaicznych wierzeń, lecz zarazem modernistyczny  twórca nadaje im bardzo "nowoczesną" konotację</em><sup>4</sup>. Świat  jest złożeniem nieskończoności z koncepcji Anaksymandra,  Heraklitejskiego ognia i biblijnego Ducha Bożego. Widoczny jest też tu  akcent dekadencki - modernizm niewątpliwe odcisnął piętno na  postrzeganiu świata przez pisarza. Ważne jest także podkreślenie słowa <em>Mnie</em>,  napisanego wielką literą, ponieważ Przybyszewski w dalszej części  będzie akcentował, iż jest to osobisty akt kreacji bohatera. Z pełnym  przekonaniem będzie więc mówił <em>Ja – Bóg</em>. Atrybutem owego <em>Ja</em> jest siła tak ogromna, że akt kreacji jest aktem wybuchu, czy też rozerwania. Zostaje ona wyrzucona <em>poza</em> i w ten sposób powstaje świat, jak pisze Przybyszewski w Requiem aeternam: <em>To  siła, z którą Ja – Bóg, gdym świat ze siebie wyrzucił, atomy na siebie  ciskałem, to zaciekłość, z jaką się z sobą sprzęgły,  w pierwiastki się  wiązały i w światy całe łączyły To siłą, co w eterze się rozpaliła  pragnieniem, by morze swych fal rozkiełznać, jedną falę z drugą połączyć  w wściekłym uścisku, wprawić je w rozkoszne drgania, rozszaleć je w  podrywach krzyczącej lubieży, kurcze pragnienia ukajać w czołgających  się dreszczach upojenia, aż się światło porodziło</em><sup>5</sup>. Jak  możemy więc zauważyć, opisana moc jest trudna do okiełznania i jest  energią, w której zmaga się aspekt męski i żeński. Powstanie świata było  więc po części aktem seksualnym, a po części jednoczesnym porodem.  Świat rodził się w bólu, który był zarówno przyjemny, jak i okrutny<sup>6</sup>.<br /> Przybyszewski ożywia stary mit indyjsko-grecki o początkach świata i  istocie wszechrzeczy, dewaluując zarazem chrześcijańską koncepcję  początku. Przyczynę powstania świata upatruje w kamie – pożądaniu.  Początek Requiem aeternam, przypominający swą stylistyką księgę Genezis,  jest formą, w którą pisarz wlewa własną treść. Poprzez przywołanie  indyjskiej kamy oraz poglądów jońskich filozofów odrzuca kosmogonię  zawartą w Biblii. Jednocześnie odrzuca także znane mu teorie naukowe, w  tym koncepcję Kanta–Laplace’a tłumaczącą powstanie Układu Słonecznego z  ruchu wirowego mgławic<sup>7</sup>. Stworzenie świata według Przybyszewskiego to mistyczne pangenesis  - jak sam to ujmował: <em>słowo dla nas niepojęte, synteza z logos i Kama, słowo Jana, co się ciałem stało</em><sup>8</sup>.  Tym jednym zdaniem Przybyszewski ujmuje syntetycznie całość kreacji  świata. Słowo stało się czymś fizycznym, namacalnym – ciałem, zdolnym do  przeżywania rozkoszy, ale także bólu. Na Słowo Boże zostały zatem  przeniesione wartości i znaczenia z religii indyjskich. Przeistoczenie  to jest zakończeniem kosmogonii Przybyszewskiego.<br /><br /> <strong>1.2. Struktura świata.</strong><br /> Jaki jest stworzony świat? Dla zwykłej jednostki jest to świat  poznawalny zmysłami, ograniczony. Dla geniusza, który niejako wydostał  się z jaskini platońskiej porzucając zmysły, ów świat to dynamiczne <em>continuum</em> stworzone przez nieprzerwany ciąg wrażeń. Dla pisarza interesująca była  owa ciągłość, stąd też w centrum zainteresowania Przybyszewskiego  znajdują się jednostki wybitne, ponadprzeciętne, takie jak Hansson,  Chrystus, Viegeland czy Słowacki. Dzięki nim możliwe jest wnikliwe,  głębokie poznanie struktury świata, podzielonego przez chuć. Zasadą  podziału była więc płciowość, w ujęciu Przybyszewskiego płeć jest jednak  zarazem tym czynnikiem, dzięki któremu może dokonać się ponowne  połączenie. Jednakże rozdzielone płcie będą cierpieć tęsknotę,  instynktownie dążąc do połączenia, które często okazywać się będzie  niemożliwym.<br /> Z kosmogonią jest więc u Przybyszewskiego ściśle związana filozofia  płci, wykazująca duże podobieństwo do metafizyki woli Schopenhauera<sup>9</sup>.  Przybyszewski akcentuje, podobnie jak Schopenhauer, dążenie jednostki  do połączenia się z płcią przeciwną, co wynikało z potrzeby  zneutralizowania przeciwieństw. Obaj myśliciele przypominają także  platońską legendę o dwóch połówkach tęskniących za sobą, schemat ten  podobny jest również do wegetatywnych mitów indyjskich<sup>10</sup>.  Rozerwanie prajedni uznają oni za przyczynę cierpienia, które odtąd  stało się immanentną cechą bytu. Przybyszewski ma jednak odmienną wizję  struktury świata. W jego ujęciu świat jest spolaryzowany przez dwa  przeciwstawne pierwiastki: męski i żeński, które są naczelną zasadą bytu<sup>11</sup>.  Dzięki relacjom pomiędzy nimi oraz ciągłym interakcjom, są one podstawą  wszelkiej dynamiki wszechświata. Efektem owej polaryzacji są dwa  podstawowe dążenia: pragnienie połączenia się, a więc dążenie do  androgynii, oraz pragnienie zwalczenia się, bądź dominowania.<br /> Świat materialny jest wedle Przybyszewskiego rzeczywistością  przestrzenną, która człowieka więzi i ogranicza. Opisywał go przy pomocy  pojęć indyjskich – rzeczywistość materialna to maja – zasłona złudy.  Dusza łącząc się z materią tworzy świat zjawiskowy, będący właśnie ową  ułudą. Świat materialny jest więc fikcją, konstrukcją umysłu. Zyskuje  tym samym zło, szatan, jako że człowiek oddala się od możliwości  poznania Absolutu<sup>12</sup>. Świat jest więc podzielony na pierwiastki przeciwstawne, a jego struktura jest odbiciem struktury Absolutu. <br /><br /> <strong>1.2.1. Życie jako kosmiczna siła.</strong><br /> Modernistyczna koncepcja życia, sposobu istnienia i funkcjonowania, u  Przybyszewskiego związana jest z kosmologią. Pisarz charakteryzuje i  opisuje życie poprzez aktywność twórczą, która jest przejawem świadomego  istnienia. Życie jest jednak niemożliwe do pełnego poznania, a także  nie podlega wartościowaniu, jest więc poza możliwością oceny<sup>13</sup>.  Łączone jest ono z procesem twórczym, a więc jego cechą jest dynamizm,  aktywność, jest siłą stwarzającą rzeczywistość, powstałą wraz z emanacją  Absolutu.<br /> Przybyszewski pojmuje kategorię życia poprzez pryzmat nauk  przyrodniczych, którymi zainteresował się podczas studiów w Berlinie.  Kładzie nacisk na biologiczne rozumienie życia, nawiązuje do  niemieckiego ewolucjonizmu, a także do takich koncepcji jak witalizm,  entelechizm, panpneumatyzm<sup>14</sup>. Odbiega częściowo od  Darwinowskiej teorii ewolucji poprzez uznanie, że rozwój świata jest  koniecznym wynikiem działania siły życiowej o charakterze duchowym.<br /> Przybyszewski, pomimo tego, iż korzysta z terminologii biologicznej,  życie określa jednak przede wszystkim w kategoriach filozofii  metafizycznej. Życie jest siłą, która stwarza rzeczywistość, jest prądem  inspirującym. Aktywność życiowa była przez niego pojmowana jako  działanie sił duchowych, posługuje się pojęciem impresjonizmu, zwracają  się przeciwko materializmowi, jak pisze Padoł: <em>Impresjonizm  utożsamiał z uznaniem prymatu materii i podporządkowaniem psychiki jej  prawom. Przeciwne stanowisko – ekspresjonizm – miało natomiast negować  znaczenie materii i uznać czynną rolę ducha w rozwoju bytu. Zasadnicza  teza ekspresjonizmu da się wyrazić następująco: jest jeden byt i  istnieje on mocą wewnętrznych duchowych sił; żyć znaczy być obdarzonym  duchową siłą. W ten sposób Przybyszewski rozwijał tezę Słowackiego, że  wszystko jest stworzone "przez i dla ducha"</em><sup>15</sup>. Według  Przybyszewskiego nie istnieje wyraźna granica pomiędzy tym, co duchowe, a  tym, co materialne, mają to być tylko różne szczeble ewolucji.  Podobieństwo zachodzić ma także pomiędzy materią ożywioną i nieożywioną.  Życie postrzega więc również jako ciągłe <em>continuum</em>, proces. <br /> Poprzez dynamiczne postrzeganie życia, jako woli kreowania, ujęcie  Przybyszewskiego zbliża się do filozofii Schopenhaeura, ten ostatni  ujmował jednak wolę życia jako irracjonalny pęd, Przybyszewski natomiast  podkreślał celowość życia. Celem tym miała być samorealizacja,  rozumiana jako rozwój ducha. Ślepa wola Schopenhaeura zostaje więc  zastąpiona przez Przybyszewskiego chucią, tym samym pęd rozwoju  Przybyszewski tłumaczy przy pomocy popędu seksualnego.<br /> To właśnie popęd seksualny ma być kluczem do rozumienia kultury i zachowań ludzkich, jak uzasadnia Padoł: <em>Na  tym polegał jego "determinizm fizjologiczny" tłumaczący ludzkie  postępowanie i proces twórczości kulturalnej uwarunkowaniami przez  czynniki naturalne i tę ostateczną, podstawową energię twórczą, jaką  stanowi życie. (...) Rozumiał ją więc jako zasadę tłumaczącą życie i  świat</em><sup>16</sup>.<br /> Rozwój życia polega na ewolucji ducha – jest to więc swoista ewolucja  spirytualistyczna. Duch przenika i ożywia materię, pozostając  jednocześnie jej więźniem. Koncepcja życia Przybyszewskiego ma charakter  ewolucyjno-kosmiczny, ze szczególnym uwzględnieniem biologii<sup>17</sup> i jednocześnie nadrzędną rolą czynnika duchowego. Życie jest procesem, w  którego trakcie jednostka powinna się realizować i rozwijać. Jest ono  dynamiczne, twórcze ale i naznaczone cierpieniem oraz zbliżającym się  kresem. Rozumiane jest ono jako ciągły, bezustanny, dynamiczny i  świadomy proces.<br /><br /> <strong>1.3. Eschatologia</strong><br /> Eschatologia u Przybyszewskiego ściśle wiąże się z cierpieniem, bólem,  którego przyczyna leży w słabości ducha bądź ciała człowieka. Zagłada  jednostki jest często zagładą całego świata. Umierający bohater  unicestwia całość, cierpienie jest wszechogarniające i wszechmocne,  oznacza koniec świata jednostkowego ale i totalnego. Koniec świata wiąże  się także wyraźnie z bólem, chaosem, zniszczeniem oraz anarchią<sup>18</sup>.  Chęć zniszczenia świata, która tak często występuje w modernizmie, w  dużej mierze wynika z cierpienia, jakiego doświadczył człowiek. Była  więc to forma zemsty i sposób okazania zniechęcenia wobec świata.  Bezpośrednim sprawcą owego stanu jest natomiast Bóg, który skazał  człowieka na ból. <br /> Pragnienie unicestwienia świata jest częstym motorem działań bohaterów  Przybyszewskiego, którzy będąc anarchistami, ów świat usiłują  unicestwić. Anarchizm bohaterów urasta najczęściej do rangi kosmicznych  rozmiarów, a niszczycielskie pragnienia, często nazbyt wyolbrzymione,  graniczą z absurdem czy groteską. Kazimierz Wyka zwrócił uwagę, iż  przykładem takiej postawy jest Gordon z Dzieci Szatana, który w istocie  jest sfrustrowanym kochankiem<sup>19</sup>. Przybyszewski łączy więc  agresję z popędem erotycznym, przy czym agresja wywołana jest  niezaspokojeniem, frustracją. Zniszczenie, jakiego dopuszczają się  bohaterowie, ma więc tutaj jasno określone podłoże. Eschatologia  jednostki, a także świata, wiąże się więc z agresją, której źródło  pisarz umieszcza bądź w sferze seksualnej, bądź też w paranoicznym lęku.  Anarchizm bohaterów może być więc traktowany jako symptom rozkładu,  nadchodzącego końca<sup>20</sup>. Przykładem takiego anarchisty jest Gordon, którego celem jest absolutna destrukcja wszelkiego życia: <em>To  co czynię, czynię tylko w tym celu, aby zniszczyć życie. Powiedz im, że  moim jedynym dogmatem jest niszczenie życia. (...) Więcej! Całe miasta,  całe prowincje, cały kraj, cały świat zniszczyć: to dopiero będzie  prawdziwym szczęściem!</em><sup>21</sup> W Dzieciach szatana także Hartman mówi o końcu świata: <em>Gdyby  Napoleon zniszczył świat dla niszczenia, gdyby zdruzgotał trony i nie  obsadzał ich na nowo, gdyby zniszczył był porządek rzeczy i nie  przekształcał go na inny, natychmiast byłby dla mnie Bogiem! Nie! nie  Bogiem!... Ale byłby dal mnie szatanem! Najwyższym!</em><sup>22</sup>. <br /> Człowiek jednak, zanim ulegnie unicestwieniu, zawsze toczy walkę z  Bogiem. Ostatni zryw woli życia jest instynktowny i nieoczekiwany dla  samych bohaterów, urastają wręcz aż do Mściciela – Boga – Szatana,  który: <em>Rzucił się na swoją ukochaną ziemię, objął ją rozpaczną mocą  swych ramion, szarpnął ją wyolbrzymioną siłą rozjuszonego Tytana,  wyważył ją z posad i cisnął się wraz z nią w odmętne czeluści  nieskończoności</em><sup>23</sup>.  W Requiem aeternam z kolei dominuje nie chęć zniszczenia, lecz widoczny  jest lęk przed zatraceniem się, końcem świata i człowieka. W utworze tym  zostaje zobrazowana walka matki – chuci, posiadającej zarówno cechy  biologiczne, jak i metafizyczne, z mózgiem – duszą, który został  stworzony przez ową matkę – chuć. Walkę tę zwycięża mózg, który zmierza w  kierunku końca, zagłady, jak pisze Matuszek: <em>Zwycięstwo mózgu  (cywilizacji?) nad witalną, popędową naturą bytu zmierza w kierunku  zagłady świata. Konflikt ów w planie uniwersalnym odbija szaleństwo i  bezsens historii, w planie indywidualnym prowadzi do choroby (histerii,  neurozy, melancholii czy sadomasochizmu). W koncepcji chuci  Przybyszewskiego znalazła zatem oryginalną ekspresję przesyconą lękiem  "końca", dekadencką chorobliwością i seksualnością podświadomość  histerycznej epoki</em><sup>24</sup>. W Requiem aeternam padają też  słowa: Ja jestem sam dla siebie. Jestem początkiem, bo noszę w sobie  rozwój jestestwa od samego początku i jestem końcem, ostatnim ogniwem  rozwoju25. Bohater Przybyszewskiego skupia w sobie zarówno śmierć jak i  życie, Boga i Szatana, jest Alfą i Omegą. Ta synteza jest niepokojąca  dla bohatera, lęka się jej, wydaje mu się potworną. Wywołuje w nim także  strach – dostrzega bowiem w sobie zarówno moc tworzenia, jak i potęgę  destrukcji: <em>(...) sam siebie stawiam na wysokiej górze i prowadzę się w pokuszenie i sam siebie pragnąłbym omamić</em><sup>26</sup>. <br /> Obrazy związane z Sądem Ostatecznym, z końcem świata, są częstym motywem  pojawiającym się u Przybyszewskiego. W De Profundis widzimy  indywidualną eschatologię, w której bohater zostaje zniszczony przez  dominującą kobietę. Z kolei w Dzieciach nędzy obserwujemy zmagania  Jadwigi, która: <em>Broni się przed chorą wizją ognia Sądu Ostatecznego, w  którym oni wszyscy zginąć mieli, ale bezustannie słyszała piekielna  "Dies irae" potępieńczej rozprawy</em><sup>27</sup>, bądź też obserwujemy  Adama Drzazgę, na którego wyrok wydaje kłębowisko apokaliptycznych  aniołów i jeźdźców. Wyrok ten, wedle określenia Gutowskiego, to skazanie  na: <em>niby-życie-w-śmierci, czyli aktywne nicestwienie</em><sup>28</sup>. W utworze tym odnajdujemy także jeden z najbardziej wyrazistych opisów końca świata: <em>A  nagle stały się głosy i gromy i błyskawice i stało się trzęsienie  ziemi, i rozwarła się skorupa ziemska i w bezdenną czeluść zwalał się  dom, przez Boga przeklęty, bo ubiegła od niego światłość i Łaska,  wchłonięta przez gwiazdę, która miała klucz do przepaści. (...) Groźniej  jeszcze rozkrzyczało się wszystko wokół niego: Po cóż śmierci ci  szukać? Masz jeszcze imię, że żyjesz, ale jesteś już umarły!</em><sup>29</sup>.  W tej prywatnej Apokalipsie istotną rolę pełnią także wizje zniszczenia  nowego porządku ustanowionego przez Chrystusa. Są to wizje  obrazoburcze. Jezus jawi się jako postać szalona, fantazmatyczna.  Również Górski, bohater z powieści Mocny człowiek odwołuje się do  apokaliptycznych sformułowań. Jest on bliski starotestamentowemu Bogu  stwórcy, który jest niszczycielem, ale i stwórcy, który poprzez  niszczenie pragnie stworzyć nowe. Górski powie: <em>Chwilę jeszcze, a  Bogiem się stanie przez śmierć – przez śmierć zapanuje Bogiem nad życiem  całym, nowego Szatan zapłodni w sobie przez śmierć, na nowe tory rzuci  gwiazdy, by się wzajem porozbijały, w pył skruszy tę marną ziemię,  słońce zgasi – by mocą swoją nowy, doskonały twór i nowe, doskonalsze  światy do życia wskrzesić</em><sup>30</sup>. <br /> Bohaterowie Przybyszewskiego niszczą z wielkim rozmachem, i jak pisze Wyka: <em>Postaciom  Przybyszewskiego nie wystarczy żadna forma filozoficznego i  literackiego niszczycielstwa. Pokpiwają sobie z Nietzschego, o  nadczłowieku mówią jak o filistrze, lekceważą Schopenhaeura, marzy im  się, że należałoby celem krzewienia anarchizmu wstępować do seminariów  duchownych, bo nikt takiego jak ksiądz nie posiada wpływu na lud,  działalności rewolucyjno-klasowej oddają się dlatego, ponieważ ona  najłatwiej pozwala nasycić żądzę niszczenia</em><sup>31</sup>. Wszystkie  jednak te postacie są potępieńcami, którzy cierpią rozpacz i ból. Każdy z  nich jest w jakiś sposób trawiony lękiem i każdy z nich jest w pewnym  stopniu dzieckiem szatana. Jedynie Czerkaski, z Synów ziemi, alter ego  pisarza, jest nieco odmiennym typem bohatera. Trując dziecko –  prostytutkę uważa, iż zdobył się na akt dobroci: <em>Uratowałem cię,  modlił się cicho, od ohydy rozkładu żywego jeszcze ciała, odpadania  członków, wycinania krtani, od razów bezlitosnego kańczuga, twego  rozwścieczonego alfonsa, od katuszy włóczenia się po słocie, mrozie,  śniegu, szarudze i błocie, po pustych, ciemnych ulicach, wyzwoliłem cię  od więzienia i szpitala, od całej plugawej, smrodliwej nędzy</em><sup>32</sup>.  Odruch dobroci Czerkaskiego przeraża perwersyjną wizją prometeizmu oraz  odkrywa ogromny lęk przed życiem, który każe mu unicestwić, niszczyć.  <br /> Zagładę i koniec świata może przynieść również wojna, co w pełni  uświadamia sobie pisarz w późnej twórczości, wraz ze zmianami  politycznymi. Przedstawia wojnę jako <em>gniew duszy wszechświata, mszczący się za to, że Jej dary bezmyślnie roztrwonione zostały</em><sup>33</sup>. Pisarz błogosławi tutaj wojnę i jej zniszczenie, które jest szczególnego rodzaju <em>katharsis</em> dla ludzkości. Wojna ma na celu obudzić ludzi z marazmu, co może udać  się dzięki zniszczeniu i destrukcji, koniec może zapowiadać więc nowy  poczatek.<br /> W wyobrażeniach końca świata istotne jest także ukazywanie roli Boga.  Jest to Bóg starotestamentowy, okrutny, dominujący, nie znający litości,  zadający ból i cierpienie. Konsekwencją tego myślenia jest twierdzenie,  iż Bóg celowo umieścił w człowieku zło, jak pisze Przybyszewski: <em>Bóg  stworzył raj, aby dla człowieka nową, wyrafinowaną męczarnię stworzyć.  Pokazał mu niesłychane cuda, a potem wyrzucił na pustynne piachy  kamienne odłogi. Bóg zdołał majakiem raju wszczepić w człowieka jad  tęsknoty, jad pragnień, których nie można nasycić, jad obłędu, który  każe człowiekowi w rozpacznych szamotaniach (...) dobywać się do  utraconego raju. A przecież nic w nim już nie ma. Jak tylko Bóg zwichnął  duszę człowieka, zburzył go</em><sup>34</sup>. Pisarz zakłada więc także, ze Bóg wpisał w plan boży koniec świata, nie można go więc uniknąć.<br /> Eschatologiczne zniszczenie to unicestwienie, po którym nastąpić ma  nowy, lepszy świat, jest ono konieczne, by móc kreować nową  rzeczywistość. Zniszczenie wiąże się z agresją, lękiem i przede  wszystkim śmiercią, która jest rodzajem oczyszczenia, katharsis. Jak  zauważa Lubaszewska: <em>Młodopolska retoryka śmierci jest instytucją,  która zastępuje wszelkie inne instytucje: Kościół, doktrynę religijną.  Umarli rządzą. Rządzą przez toposy, symbole, emblematy. (...)  Młodopolska tanatologia rozważa śmierć nowocześnie, jako sytuację  graniczną, tak jak ją analizuje antropologia filozoficzna bliska  filozofii egzystencji</em><sup>35</sup>. Śmierć jest nieodzownym elementem eschatologii, a u Przybyszewskiego śmierć jednostki oznacza destrukcję całego świata. <br /><br /> <strong>1.4. Rekonstrukcja źródeł kosmologicznych koncepcji Przybyszewskiego.</strong><br /> Kosmologię Przybyszewskiego tworzy wiele mitów i koncepcji  pochodzących z różnych kultur i religii. Ponadto wykorzystuje on także  pewne koncepcje naukowe.<br /><br /> <strong>1.4.1. Elementy pochodzące z religii judeochrześcijańskich.</strong><br /> Kosmogonia judeo-chrześcijańska oparta na kosmogonii biblijnej przyjmuje  kreacjonizm, według którego świat został stworzony przez Boga z niczego  (<em>creatio ex nihilo</em>). Był to celowy, wolny akt woli Boga,  dokonany przez samo jego słowo. Pogląd ten jest przeciwny poglądom  starożytnych Greków, którzy przyjmowali, iż świat formował się z  pramaterii<sup>36</sup>, różni się także od poglądów gnostyckich,  indyjskich, i różni się tym samym istotnie od poglądów Przybyszewskiego.  Wprawdzie pisarz często powraca do Biblii, Księgi Genezis i biblijnego  początku, jednakże powroty te są krytyką lub też służą mu do eksplikacji  własnych poglądów. I tak Requiem aeternam rozpoczyna od parafrazy słów z  Ewangelii św. Jana, po czym przechodzi pisarz już do własnego ujęcia.  Chrześcijaństwo jest więc dla jego koncepcji tylko ramą, formą, w którą  wkłada własną treść. Najlepiej wyraża to fragment Requiem aeternam: <em>Mózg  mój, przyzwyczajony dotychczas do europejskich wymiarów, obejmuje teraz  przepotężne masy świątyń z Lahore, parzy egipskiego sfinksa z chińskim  smokiem, pisze potwornymi głazami, z jakich piramidy budowano, a myśli w  pełnym, ważkim i królewskim sanskrycie, w którym każde słowo jest  żyjącym organizmem, co się za pomocą jakiejś mistycznej pangenesis stał  istotnym, pełnym krwi i żaru: słowo dla nas niepojęte, synteza z logos i  Kama, słowo Jana, co się ciałem stało</em><sup>37</sup>. Jak możemy  zauważyć, Przybyszewski wykorzystuje wzorce zaczerpnięte z kultur  pozaeuropejskich i na ich bazie tworzy nową, własną wizję. Jednocześnie  jednak korzysta ze stylistyki biblijnej, przywołuje frazy: „Duch Boży,  co się unosił nad wodami”, „słowo Jana, co się ciałem stało”,  wykrzyknienia typowo biblijne: „Hallelujjah”, „Gloria”, postacie:  ladacznica Nana, Lilith<sup>38</sup>. Ponadto cykl pięciu poematów prozą celowo nazywa z greckiego: <em>Pentateuch</em>,  nawiązując tym samym do pierwszych pięciu ksiąg Starego Testamentu. W  tych pięciu utworach (Requiem aeternam, Wigilie, De Profundis, Nad  morzem, Androgyne) Przybyszewski w dużej mierze formułuje swe poglądy.  Są więc one na wzór ksiąg mojżeszowych księgami opisującymi początek,  rozwój człowieka oraz świata a także jest to opis praw jakimi świat się  rządzi bądź jakim ulega. Człowiek ponadto otrzymuje od Boga Dekalog,  który powinien być dla niego prawem i przewodnikiem.<br /> Stworzenie świata przez Boga wiąże się także ze stworzeniem nowego  człowieka i ustanowieniem nowego przymierza pomiędzy twórcą a jego  dziełem, jak czytamy w Requiem aeternam: <em>napisałem nowe tablice,  wyryłem nowe przymierze z nowym bogiem, zniszczyłem stare świątynie, by  nowe pobudować, skreślałem   z karty ziemi narody całe, ziemi jelita  powyrywałem: Ja – tak Ja, nigdy niesyty, odwieczny zbrodniarz, twórca  dziejów, duch rozwoju niszczenia i tworzenia</em><sup>39</sup>. Widzimy  tutaj wyraźnie, iż Bóg Starotestamentowy, jaki obecny był przez cały  czas  w Requiem aeternam, przechodzi coraz bardziej w Boga  Nowotestamentowego. Człowiek otrzymuje Dekalog, podobnie jak Mojżesz  otrzymał tablice z tekstem dziecięciu przykazań na znak przymierza –  połączenia człowieka z Bogiem. Jest to nie tylko znak przymierza, lecz  także znak, iż człowiek jest dziełem bożym, nad którym zostaje  roztoczona opieka. Dekalog jest także namacalnym przewodnikiem, który  zastępować ma nieobecność Boga.<br /><br /> <strong>1.4.2. Gnostycyzm.</strong><br /> Przybyszewski uważa, iż świat powstał w wyniku emanacji Absolutu, łączy  jednak tę koncepcję z gnostyckimi ideami, w których doszło do uwięzienia  najwyższej zasady – Absolutu, w świecie materii. Nawiązuje w ten sposób  do Walentyna i jego wizji kosmogonii. W dużej mierze koncepcja  Przybyszewskiego jest odtworzeniem tej kosmogonii, co widoczne jest we  wstępie do De Profundis<sup>40</sup>.<br /> Przybyszewski włącza do swojej kosmogonii historię Sophii (Mądrości),  która była ostatnim i zarazem nieparzystym eonem. Zapragnęła ona poznać  potęgę Praojca (Bythosu), kierując się tęsknotą (o charakterze  seksualnym) i miłością. Opuszcza ona Pleromę, tym samym dając początek  światu. Stając się więźniem w świecie materii, z którego tylko przez  poznanie, gnosis, może zostać uwolniona<sup>41</sup>. Gnosis,  w ujęciu  pisarza, jest dotarciem do „nagiej duszy”, jest poznaniem, którego  doświadczają wybitne jednostki, np. Chrystus. Chuć, seksualna tęsknota,  która nakazała Sophii opuścić Pleromę, jest więc zarazem potęgą tkwiącą w  materii, jak i przyczyną jej upadku<sup>42</sup>. Dzięki niej powstał  świat, ale i przez nią naznaczony został cierpieniem, rozdarciem. Jest  także tęsknotą za poznaniem i tęsknotą seksualną. Przybyszewski  wykorzystuje więc „żeński” typ gnozy, który wiąże się prawdopodobnie z  reminiscencjami kultu starej bogini-matki. Świat jest w tej wizji nie  dziełem Boga, lecz dziełem niższego bóstwa, od niego pochodzącego.  Poprzez tę koncepcję Przybyszewski próbuje dać także rozwiązanie  problemu pochodzenia zła - przyjmuje tok rozumowania Walentyna, w którym  zło pochodzi nie bezpośrednio od Boga, lecz pośrednio - od jednego z  eonów, który zbłądził. Interesujące jest niewątpliwie także to, iż eon  ten jest eonem żeńskim, przez co pisarz obarcza kobietę winą za zło;  stąd blisko do wizerunku kobiety-demona, <em>femme fatale</em>. <br /><br /> <strong>1.4.3. Filozofia starożytnej Grecji.</strong><br /> Kosmogonię i kosmologię, którą przejął za Walentynem, wzbogaca  Przybyszewski o idee zaczerpnięte z Platona, przede wszystkim ideą  androgynii. Dookreśla tęsknotę eonu Sophii - była ona tęsknotą za Pełnią  i tęsknotą seksualną zarazem. Przywołuje więc koncepcję androgyne  obecną u Platona, u którego w Uczcie odnajdujemy jeden z najstarszych  opisów tzw. "trzeciej płci". O androgynie opowiada Arystofanes: <em>Albowiem  dawniej natura nasza nie była taka, jak teraz, lecz inna... Obojnakowa  płeć istniała wtedy, a imię jej i postać złożone były z obu  pierwiastków: męskiego i żeńskiego... Strasznie to były silne istoty i  okropnie wolnomyślne, tak że się zaczęły zabierać do bogów..., już  zaczęli robić schody do nieba...</em><sup>43</sup>.  Wobec zagrożenia  bogów Zeus porozcinał ludzi na połówki, na dwie płcie. Rozdzielone  części do dziś tęsknią za sobą i podświadomie dążą do stopienia się w  jedno, do powrotu do dawnej natury, kiedy stanowiły "skończone całości"<sup>44</sup>.  Eliade zauważył, iż Platon opisuje tutaj pierwotnego człowieka, jako  istotę biseksualną o kształcie koła, a więc o kształcie doskonałości i  jedności, co stanowi odbicie doskonałości boskiej<sup>45</sup>. Ponadto w Mowie doskonałej Hermes Trismegistos wyjawia Asklepiusowi, że <em>Bóg  nie ma imienia, a raczej ma wszystkie imiona, albowiem jest zarazem  Jednym i Wszystkim. Przepełniony płodnością obu płciom właściwą poczyna  wciąż wszystko, co zamierzał począć: – Jakże to, o Trismegistosie,  powiadasz, że Bóg posiada obie płci? – I owszem, Asklepiusie, i nie  tylko sam Bóg, ale wszystko, co żyje i rośnie...</em><sup>46</sup>. Bóg  więc, u Przybyszewskiego, złożony jest z pierwiastków przeciwnych.  Istotne są także słowa Eryksimachosa, który o Erosie wypowiada się  podobnie, jak pisarz  o chuci: <em>Jest w każdym człowieku pewien płciowy  popęd, cielesnej i duchowej natury. Toteż kiedy człowiek wieku pewnego  dojdzie, zapładniać pragnie nasza natura. (...) Bo w zapłodnieniu jest  jakiś pierwiastek wiekuisty, nieśmiertelny, o ile to może być w istotach  śmiertelnych</em><sup>47</sup>. Przybyszewski na platońskiej idei Piękna opiera swą własną filozofię chuci, jak napisze w Szlakiem duszy polskiej, <em>chuć jest emanacją prawdziwej piękności, w której człowiek uświadamia sobie swój boski początek</em><sup>48</sup>.  Chuć Przybyszewskiego posiada więc dwa oblicza. Przybyszewski rozumie  ją jako popęd płciowy (człowiek jest podporządkowany światu materii)  oraz jako potęgę kosmiczną, dzięki której świat powstał, i która zarazem  umożliwi powrót do androgynicznej pełni. Odróżniał on, podobnie jak  Platon, Erosa niebiańskiego od wszetecznego. Wyraźnie możemy to  zauważyć, we Frontispisie do polskiego wydania De Profundis<sup>49</sup>.<br /> Przybyszewski czerpie z Platona, ale i z nim polemizuje twierdząc, że  nie chodzi tylko o powrót do stanu pierwotnego, lecz także o odkrycie w  sobie pierwotnej świadomości, pierwotnego <em>ja</em>. Według Platona  utraciliśmy naszą drugą połowę, natomiast według Przybyszewskiego  zapomnieliśmy drogi do niej. W przedmowie do De Profundis pisze, iż  należy: <em>poszukiwać nie utraconej według Platona, ale nieznanej, utajonej połowy swego Bytu</em><sup>50</sup>.  U Przybyszewskiego ważna jest również konfrontacja pomiędzy przymusem  chuci a doświadczeniem Pełni, która jest efektem syntezy a nie  sublimacji<sup>51</sup>.<br /> Kosmogonia jest u Przybyszewskiego nieodłącznie związana z koncepcją  androgyne. Symbolizuje ona pełnię, zbieżność przeciwieństw (<em>coincidentia oppositorium</em>). Przybyszewski podkreślał po latach w Moich współczesnych, iż jest ona kluczem do całej jego twórczości<sup>52</sup>. Ponadto pisarz, jak twierdzi Gutowski: <em>najpełniej przedstawił dwa najważniejsze młodopolskie mity miłości: mit chuci i mit androgyne</em><sup>53</sup>.  Szczególnie widoczne jest to w poematach prozą, w których za wyjątkiem  De Profundis, dominuje mit androgyne. Dążenie do połączenia  przeciwstawnych pierwiastków płci jest powodem zmagań i udręk bohaterów.  Ich miłości są najczęściej nieszczęśliwe, niespełnione. Bohaterowie  dążą do dominacji nad kochanką, często krzywdzą ją, jako istotę niższego  rzędu. Płeć przeciwna jest źródłem problemów i cierpień. Wojciech  Gutowski przestrzega jednak, że: <em>pisząc o młodopolskich wersjach  androgyny należy pamiętać o pokusie ułatwionej interpretacji mitu.  Ostatecznie każdą nieszczęśliwą namiętność, każde dążenie do miłosnej  jedności można by interpretować jako nieudaną próbę realizacji  metafizycznej prajedni</em><sup>54</sup>. Poszukiwania jedności mają być  pracą samotną, wewnętrzną, służącą przełamywaniu osobistych problemów.  Bohaterowie Przybyszewskiego dążąc do Jedni, zmagają się z licznymi  przeciwnościami, a przede wszystkim z własnym ciałem i zmysłami.  Androgynia w dużej mierze wyjaśnia mit kosmologiczny przedstawiony przez  Przybyszewskiego. Tęsknota za połączeniem z drugą połową – kobietą,  jest tęsknotą za połączeniem się z Kosmosem, syntezą. Umożliwić ma to  akt seksualny będący odtworzeniem kosmicznej hierogamii. Jednak aby  połączenie pierwiastka męskiego i żeńskiego mogło być udane, musi ono  zajść w sferze Transcendencji. Bohaterowie Przybyszewskiego zmagają się z  połowicznością w różnoraki sposób. W Androgyne oraz w Nad morzem,  bohater przybiera maski: króla bądź niewolnika. W Requiem aeternam i w  Wigiliach z kolei obserwujemy z supersamca i znudzonego impotenta.  Regułą jest, że bohaterowie za przyczynę problemów uznają kobietę.  Kochanka będzie więc niedoskonałą, skalaną, lecz pożądaną i nieodzowną.  Będzie także połową słabszą ale potrafiącą wymknąć się i urosnąć w siłę.  Może także okazać się narcystycznym odbiciem czy też siostrą animą a  nawet demonem<sup>55</sup>. Tęsknota za powrotem do stanu Jedności jest  dominująca i przytłaczająca, stąd też bohaterowie mimo cierpienia,  przeszkód, dążą do niej.<br /> Oprócz Platona, z filozofów greckich, przywołuje Przybyszewski także  Ksenofanesa, który badał naturę jednego bóstwa i pojmował je  panteistycznie. Podobne ujmowanie Absolutu widoczne jest w Requiem  aeternam, gdzie Przybyszewski pisze, iż w tym jednym bóstwie: <em>wszystkie  bóstwa się przenikają, a wszechświat się do duszy zlewa nie przez  zmysły rozczłonkowany, ale w całej swej nierozerwalnej jedności</em><sup>56</sup>.  Również w tym utworze przywołuje Anaksymandra, który przyjmował za  zasadę bytu „nieskończoność” i Heraklita, który za zasadę bytu uznawał  ogień. W późniejszej twórczości odwołuje się i do innych greckich  filozofów, jak Katona Starszego<sup>57</sup> czy Sokratesa<sup>58</sup>. <br /> Przybyszewski wykorzystuje także inne mity kosmogoniczne, między innymi  wyobrażenia orfików, w których powstanie świata wiąże się z jajem  kosmicznym. W ujęciu tym świat powstał z rozłamu istoty boskiej,  uosobionej w jaju bądź w kulistej jedności. Jajo oraz kula posiadają  kształt doskonały, co świadczy o ich boskim pochodzeniu. Orficy wierzą,  iż z niego zrodził się Eros, stwórca świata<sup>59</sup>, co bliskie jest poglądom Platona i Przybyszewskiego.<br /> Z orfizmem blisko spowinowacony był także pitagoreizm, wedle nauk tej  szkoły, podobnie jak u Walentyna i Przybyszewskiego, dusza w wyniku  upadku zstąpiła do ciała, a Wszechjednia zawierała w sobie całość, była  jednolita, nieparzysta i doskonała a więc zawierała obie płcie. <br /><br /> <strong>1.4.4. Elementy pochodzące z religii i filozofii Wschodu.</strong><br /> Koncepcja indyjska łączy ideę kreacji świata przez Boga (w obrębie  trimurti - trójcy hinduistycznych bogów: Brahma jest Stwórcą, Śiwa  niszczycielem, a Wisznu zajmuje miejsce pośrednie, podtrzymuje istnienie  kolejnego świata od momentu jego powstania aż do zagłady) z koncepcją  odwiecznego istnienia świata, poprzez wprowadzenie wizji cyklicznej<sup>60</sup>.  W buddyzmie z kolei siłą kreacyjną jest karman, który jest bezosobowym  prawem przyczyny i skutku, w tym przyczyną powstawania kolejnych cykli  kosmicznych<sup>61</sup>. Karman wpływa na życie jednostek i na losy  całego wszechświata. Obok niego jednym z ważniejszych elementów doktryny  buddyjskiej jest samsara, która oznacza powtarzający się cykl narodzin i  śmierci na scenie świata, który jest złudny<sup>62</sup>. Przybyszewski pośrednio włączył do swojej kosmologii obydwa te ujęcia. Chuć jest przez niego rozumiana jako <em>napędowe Koło Bytu</em><sup>63</sup>,  co wykazuje podobieństwa do Koła Życia – Mandali. Jest to symbol  uporządkowanego Wszechświata (Kosmosu), w którego centrum znajduje się  istota boskości, która emanuje<sup>64</sup>. Ponadto Przybyszewski  utożsamia także Płeć – Chuć z kamą, która jest „pragnieniem”,  „pożądaniem” powodującym uwięzienie w kręgu wcieleń<sup>65</sup>.  Przybyszewski wykorzystuje więc myśl indyjską do połączenia mistyki z  erotyką. Jego kosmologia przedstawia ciągły proces rodzenia i zarazem  odbicie pierwotnego aktu seksualnego. Podobnie w siaktyzmie i tantryzmie  akt seksualny jest nie tylko elementem inicjacyjnym, lecz także  powtórzeniem pierwotnego aktu seksualnego. Przybyszewski odnalazł tutaj  wzór i potwierdzenie możliwości połączenia sfery duchowej ze sferą  zmysłową. Akt seksualny, który zachodzi w sferze transcendentnej, uważa  za przeżycie mistyczne, co szczególnie widoczne jest w Requiem aeternam<sup>66</sup>, a najpełniej zostało przez niego wyrażone w poemacie prozą Androgyne. <br /><br /> <strong>1.4.5. Psychologia i nauka.</strong><br /> Przybyszewski konfrontuje też różne koncepcje naukowe z wierzeniami religijnymi, ukazując ich niespójność: <em>Wiara  w Charcota i w boskie dopuszczenie przy opętaniu. Wiara w Kant-Laplace i  Darwina, a równocześnie w stworzenie świata w siedmiu dniach. Wiara w  bóstwo Chrystusa i w bluźnierstwa Straussa lub Renana. Wiara w  Niepokalane Poczęcie Marii Panny i w najpierwotniejsze fakta  embriologii. Nie! To nie da się połączyć!</em><sup>67</sup> Zdaniem  Przybyszewskiego koncepcja chuci, będąca podstawą jego kosmologii, jest  zdolna połączyć owe niezgodności. Nauka jest natomiast niewystarczającym  środkiem, nie dostarcza spójnej wizji świata. Opierając się jednak na  poglądach dziewiętnastowiecznych niemieckich psychologów  eksperymentalnych, pisze w ten oto sposób: <em>Nie znam nic prócz moich  wrażeń, a przede wszystkim nie znam żadnej przyczynowości, li tylko  nieskończoną ciągłość wrażeń – a czy pasmo tej ciągłości logicznie się  rozwija, czy nie, to również mnie nic nie obchodzi</em><sup>68</sup>.  Przyjmuje więc metody badania psychologów asocjacyjnych, jednakże są one  tylko środkiem, który łatwo odrzuca, nie poszukuje w nich bowiem  logiki, przyczynowości, lecz drogi do Absolutu.<br /><br /> <strong>1.5. Podsumowanie</strong><br /> Kosmologia Przybyszewskiego jest koncepcją oryginalną i interesującą,  łączącą wiele różnych ujęć kulturowych w jedną, spójną całość - jest  więc zarazem synkretyczna i integralna. Integralność ta związana jest z  koncepcją chuci, która wiąże wielość zagadnień. Przybyszewski, nie  poprzestając na ujęciach religijnych, rozważa także koncepcje  filozoficzne oraz pochodzące z nauk empirycznych –psychologii, biologii i  astronomii. Trafne wydaje się zatem określenie pangenesis, jakiego  używał do określenia swej kosmologii, jest to bowiem „pangenesis  totalna”, łącząca wiele różnych punktów widzenia. Przybyszewski  przywołuje wiele rozmaitych koncepcji nie tylko dla wykazania  podobieństw, ale także – poprzez powołanie się na autorytet – dla  wykazania słuszności swojej kosmologii.<br /> Punktem wyjścia i jednocześnie ramą spajającą kosmologię  Przybyszewskiego jest, najlepiej znana pisarzowi, wizja chrześcijaństwa.  Odwołuje się do niej poprzez język, obrazy i symbole. Główną myśl  opiera natomiast na kosmologii Walentyna, jest to więc kosmologia typu  manichejskiego.  Przybyszewski uzupełnia ją (w szczególności rozumienie  tęsknoty seksualnej eonu Sophii) o pojęcie chuci, które wiąże z indyjską  Kamą - „pożądaniem”, które doprowadziło do rozerwania całości i  powstania świata. Struktura i istota świata jest więc u autora Requiem  aeternam niejednolita – świat jest podzielony, poprzez płeć, na  pierwiastki antynomiczne. Cechą swoistą powstałego świata jest natomiast  życie i jego kres. Świat jest dla Przybyszewskiego więzieniem,  podobnie, jak dla duszy więzieniem jest ciało. Człowiek mamiony jest  przez zmysły, pragnienia, od których musi się uwolnić, aby móc odnaleźć  drogę do „nagiej duszy”, gnosis. Tylko w ten sposób dusza będzie mogła  ponownie połączyć się z Jednią. Duch boży przenika materię i daje życie,  którego celem jest wieczne doskonalenie się.  Koncepcja końca świata powiązana jest u Przybyszewskiego z anarchizmem.  Eschatologię pisarza cechuje dynamizm, niespełnienie, frustracja,  agresja wynikająca z niezaspokojenia bohaterów. Przybyszewski sugeruje  także, że Bóg celowo umieścił w człowieku zło, będące przyczyną końca,  człowiek skazany jest więc na klęskę.<br /><br /><br /> Przypisy: 1) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>, oprac. R. Taborski, Kraków 1965, s.37-38. <br /> 2) Matuszek G., <em>Melancholik, mistyk, narcystyczny kochanek, samotny homo dolorosus</em>, w: Przybyszewski S., <em>Poematy prozą</em>, oprac. Matuszek G., Kraków 2003, s.10.  <br /> 3) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>, op. cit., s. 37.<br /> 4) Matuszek G., <em>Melancholik, mistyk, narcystyczny kochanek, samotny homo dolorosus</em>, op. cit., s. 11.<br /> 5) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>, op. cit., s. 38.<br /> 6) Por. Matuszek G., <em>Melancholik, mistyk, narcystyczny kochanek, samotny homo dolorosus</em>, op. cit., s. 9 i n.<br /> 7) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>, op. cit., s. 69.<br /> 8) Ibidem, s.43.<br /> 9) Uwagę na ową zbieżność zwrócili liczni badacze, por. Podraza – Kwiatkowska M., <em>Somnambulicy – Dekadenci – Herosi. Studia i eseje o literaturze Młodej Polski</em>, Kraków 1985, oraz Tuczyński J., <em>Schopenhauer w krytyce literackiej modernizmu</em>, Gdańsk 1969. <br /> 10) Zob. Tuczyński J., <em>Schopenhauer a Młoda Polska</em>, Gdańsk 1969, s. 46 – 48. <br /> 11) Por. Matuszek G., <em>Seksualizm i androgynizm. O erotyce w twórczości Stanisława Przybyszewskiego</em>, op. cit., s. 96.<br /> 12) Por. Padoł R., <em>Filozofia religii polskiego modernizmu</em>, Kraków 1982, s.51.<br /> 13) Zob. Padoł R., <em>Filozofia religii polskiego modernizmu</em>, op. cit., s.65.<br /> 14)  Ibidem, s.64.<br /> 15) Ibidem, s.64. <br /> 16) Padoł R., <em>Filozofia religii polskiego modernizmu</em>, op. cit., s.66. <br /> 17)  Ibidem, s.71.<br /> 18) O związku tych dwu pojęć: Wyka K., <em>Eschatologia i anarchizm</em>, w: <em>Młoda Polska</em>, t.1., Kraków 1987.<br /> 19) Zob. Wyka K., <em>Eschatologia i anarchizm</em>, w: <em>Młoda Polska</em>, t.1., Kraków 1987.<br /> 20) Ibidem.<br /> 21) Przybyszewski S., <em>Dzieci szatana</em>, Lwów 1907, s.270, s. 290.<br /> 22) Ibidem, s. 63.<br /> 23) Przybyszewski S., <em>Synowie ziemi</em>, IV, op. cit., s. 87.<br /> 24) Matuszek G., <em>Melancholik, mistyk, narcystyczny kochanek, samotny homo dolorosus</em>, op. cit., s.11.<br /> 25) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>,  op. cit., s. 47.<br /> 26) Ibidem, s.47.  <br /> 27) Przybyszewski S., <em>Adam Drzazga</em>. (Druga i ostatnia część "Dzieci nędzy"), Warszawa 1914, s. 181. <br /> 28) Gutowski W., <em>Z próżni nieba ku religii życia. Motywy chrześcijańskie w literaturze Młodej Polski</em>, Kraków 2001, s. 321. <br /> 29) Przybyszewski S., <em>Adam Drzazga</em>. (Druga i ostatnia część "Dzieci nędzy"), op. cit., s. 181. <br /> 30) Przybyszewski S., <em>Mocny człowiek</em>, Warszawa 1912, t. 1, s. 20. <br /> 31) Wyka K., <em>Młoda Polska</em>, t.1, Kraków 1987, s.116. Cytując powyższy fragment pominęłam znajdujące się w nim przypisy.<br /> 32) Przybyszewski S., <em>Synowie ziemi</em>, IV, op. cit., s. 87. <br /> 33) Przybyszewski S., <em>Tyrteusz</em>. Z cyklu „Wojna”, Wiedeń 1915, s. 26. <br /> 34) Przybyszewski S., <em>Dzieci nędzy</em>, t.1, Warszawa 1913, s. 275 – 276. <br /> 35) Lubaszewska A., <em>Życie – Śmierci doskonałość. Młodopolska antropologia śmierci i literacki świat wartości</em>, Kraków 1995, s. 135 -136. <br /> 36) Zob. <em>Mały słownik terminów i pojęć filozoficznych</em>, oprac. A. Podsiad, Z. Więckowski, Warszawa 1983, s.191.<br /> 37) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>, op. cit., s. 42 – 43.<br /> 38) Wymienione przykłady pochodzą z <em>Requiem aeternam</em>. <br /> 39) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>, op. cit., s. 51. <br /> 40) Zob. Matuszek G., <em>Seksualizm i Androginizm. O erotyce w twórczości Stanisława Przybyszewskiego.</em> Rocznik Kasprowiczowski VII (1990), s. 100.<br /> 41) Ringgren H., Ström A. V., <em>Religie w przeszłości i dobie współczesnej</em>, przeł. B. Kupis, Warszawa 1975, s.469. <br /> 42) Por. Matuszek G., <em>Seksualizm i Androginizm. O erotyce w twórczości Stanisława Przybyszewskiego</em>, op. cit., s. 95 – 101. <br /> 43) Platon, <em>Uczta</em>, w: <em>Uczta, Eutyfron, Obrona Sokratesa, Kriton, Fedon</em>, przeł. Wł. Witwicki, Warszawa 1982.<br /> 44) Por. Eliade M., <em>Sacrum, mit, historia. Wybór esejów</em>, przeł. B. Baranowski, Warszawa 1970, s. 229.<br /> 45) Eliade M., <em>Sacrum, mit, historia. Wybór esejów</em>, op.cit., s. 229.<br /> 46) Ibidem, s. 56. <br /> 47) Platon, <em>Uczta</em>, w: <em>Uczta, Eutyfron, Obrona Sokratesa, Kriton, Fedon</em>, op. cit., s. 108. <br /> 48) Przybyszewski S., <em>Szlakiem duszy polskiej</em>, Poznań 1917, s.146. <br /> 49) Por. Matuszek G., <em>Seksualizm i Androginizm. O erotyce w twórczości Stanisława Przybyszewskiego</em>, op. cit., s.101 i n.<br /> 50) Przybyszewski S., <em>Frontispice do tomu: De Profundis</em>, Lwów 1922, s. 40.<br /> 51) Zob. Gutowski W., <em>Nagie dusze i maski</em>, Kraków 1992,s.245.<br /> 52) Przybyszewski S., <em>Moi współcześni. Wśród obcych</em>, Warszawa 1926, s. 180.<br /> 53) Gutowski W., <em>Nagie dusze i maski</em>, op. cit.,s.245. <br /> 54) Ibidem, s.282. <br /> 55) Por. Matuszek G., <em>Seksualizm i Androginizm. O erotyce w twórczości Stanisława Przybyszewskiego</em>, op. cit., s.104.<br /> 56) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>, op. cit., s. 45.<br /> 57) Przywołuje go pisarz np. w: Przybyszewski S., <em>Moi współcześni</em>, op. cit. s.340.<br /> 58) Zob. Przybyszewski S., <em>Homo Sapiens</em>, op. cit. s.135.<br /> 59) Zob. Ringgren H., Ström A. V., <em>Religie w przeszłości i dobie współczesnej</em>, op. cit., s.424.<br /> 60) Por. Herman T., Jurewicz J., Koc B.J., Ługowski A., <em>Mały słownik klasycznej myśli indyjskiej</em>, Warszawa 1992., s. 126.<br /> 61) Zob. Kobiela F., <em>Karman</em> w: <em>Powszechna encyklopedia filozofii</em>, t.5. Lublin 2004. <br /> 62) Zob. Sadakata A., <em>Góra Sumeru i kraina Sukhawati. Zarys kosmologii buddyjskiej</em>, Poznań 2000, s.115.<br /> 63) Por. Matuszek G., <em>Seksualizm i Androginizm. O erotyce w twórczości Stanisława Przybyszewskiego.</em>, op. cit., s.100. <br /> 64) Zob. Herman T., Jurewicz J., Koc B.J., Ługowski A., <em>Mały słownik klasycznej myśli indyjskiej</em>, op. cit., s. 58 – 59. <br /> 65) Ibidem, s. 50 – 51. <br /> 66) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>/ w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>,  op. cit., s. 59. <br /> 67) Ibidem, s. 69 -70.<br /> 68) Przybyszewski S., <em>Requiem aeternam</em>, w: Przybyszewski S., <em>Wybór pism</em>,  op. cit., s. 46.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><br /></strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong>© Autor: Katarzyna Sikora</strong></p>
]]></description>
</item>
<item>
<title>
Naga dusza Smutnego Szatana – koncepcja sztuki Stanisława Przybyszewskiego</title>
<link>
http://stachu-przybyszewski.pl/artykuly/3-Naga-dusza-Smutnego-Szatana-koncepcja-sztuki.html</link>
<pubDate>
Fri, 15 Jan 2010 19:41:57 +0100</pubDate>
<description><![CDATA[
<p>Schyłek  XIX wieku to czas wielkich zmian w literaturze, sztuce, kulturze.  Pozytywizm zaczął ustępować modernizmowi. Rozczarowani myślą  pozytywistyczną ludzie przestali wierzyć w możliwość poprawy. Artyści  zmęczeni rewolucją przemysłową zaczęli dostrzegać bezsens życia i  marność egzystencji. Modernistyczna cyganeria zaczęła się rozwijać  najpierw w Niemczech i Skandynawii. Polska natomiast musiała poczekać na  swego wieszcza do roku 1898. Wtedy to bowiem do Krakowa przyjechał  Stanisław Przybyszewski. Do zrozumienia koncepcji sztuki Przybyszewskiego, jego poglądów na  literaturę i życie, trzeba najpierw zrozumieć kim on był, gdzie  dorastał, co przeżył, zanim stał się tym słynnym Meteorem Młodej Polski <sup>1</sup>.  <br /> Smutny Szatan<sup>2</sup> rodzi się 7 maja 1868 roku we wsi Łojewo koło  Inowrocławia, jako syn Józefa - nauczyciela i Doroty z Grąbczewskich i  wychowuje jako późne dziecko niezamożnych rodziców, w zaborze pruskim -  najbardziej uciskanej części Polski. Jego rodzina jest genetycznie  obciążona chorobami psychicznymi, degeneracją, alkoholizmem. <br /> Od małego uczony jest gorliwej wiary w Boga. To dziecięce zafascynowanie  katolicyzmem i naukami Kościoła, w przyszłości odciśnie swe piętno na  jego twórczości, będzie powodem rozdarcia wewnętrznego. Matka dba  również o jego wychowanie muzyczne. Stachu od małego hipnotyzuje ludzi  swymi interpretacjami Chopina. Czaruje ich również niezwykłą  umiejętnością prowadzenia dialogów, wywodzenia wszystkich na manowce. W  1891 roku, po zdaniu matury, wyrusza na studia do Berlina. Po roku na  wydziale architektury na berlińskiej politechnice, postanawia przenieść  się na wymarzoną medycynę. Decyzję tę podejmuje m.in. za sprawą  zafascynowania działami Nietzschego. Porywający styl niemieckiego  filozofa, jawna krytyka filisterskiej obyczajowości, bunt przeciw  chrześcijańskim wartościom - to wszystko przyczynia się do ideowej  rewolucji w życiu Przybyszewskiego, do skrystalizowania jego systemu  wartości i poglądów. Tak tłumaczy swój wybór w liście do swojej  przyjaciółki Pauliny Pajzderskiej: <br /><br /> <em>Nie jestem na architekta stworzony - nienawidzę pałaców i kościołów,  jako siedliska wszelkich zbrodni współczesnych - byłoby zbyt tragicznym,  gdybym je sam miał budować!... Na duchowe cierpienia lekarzy nie ma -  ale są na nędzę, na bóle fizyczne. Chciałbym być lekarzem - doktorem  obłąkanych<sup>3</sup>. </em><br /><br /> W tym czasie Stachu<sup>4</sup> bardzo interesuje się sztuką, dużo  czyta. Powoli rodzi się w nim słynna koncepcja sztuki i filozoficzne  poglądy, które będą mieć olbrzymi wpływ nie tylko na twórców polskich,  ale również na artystów cyganerii berlińsko-skandynawskiej. Zaczyna  dojrzewać w nim kapłan sztuki. Poznaje berlińsko-skandynawską bohemę,  którą tworzyli tacy artyści jak: niemiecki poeta Richard Dehml, szwedzki  dramatopisarz August Strindberg czy norweski malarz Edward Munch.  Przybyszewski szybko staje się dla nich genialnym Polakiem, kimś o  niezwykle fascynującej osobowości, ciekawych poglądach i magnetyzującym  sposobie opowiadania.  <br /> W 1893 roku Stachu za pośrednictwem Richarda Dehmla poznaje Norweżkę  Dagny Juel. Młoda panna szybko zostaje jego żoną i muzą. Poeta ma za  sobą głośne i dobrze przyjęte debiuty literackie. Jego filozofia i  poglądy na sztukę są już mocno skrystalizowane. We wrześniu 1898 roku, poprzedzony swą sławą na arenie europejskiej,  przyjeżdża do Krakowa, gdzie długo wyczekiwali go młodzi artyści. Szybko  znajduje wśród nich autorytet i uwielbienie. Miesiąc po przyjeździe  obejmuje redakcję krakowskiego „Życia”, by w 1899 roku na jego łamach  opublikować dwa głośne artykuły – manifesty programowe: <em>Confiteor</em> i <em>O „nową” sztukę</em>.  Ogłoszenie pierwszego z nich – swoistego wyznania wiary<sup>5</sup> miało zapoczątkować zmiany w polskiej świadomości, pomóc narodzić się Młodej Polsce. <br /> Przybyszewski rewolucyjnie ogłasza, iż artysta jest kapłanem sztuki.  Wyzwala go od służenia społeczeństwu, przestrzegania norm społecznych i  dobrych obyczajów. To właśnie wtedy rodzi się polska <em>sztuka dla sztuki</em> (z fr. <em>l'art pour l'art</em>): <br /><br /> Hasło, które sformułował T.Gautier, poeta francuski w XIX wieku,  wyrażające dążność do stworzenia poezji czystej, tj. uwolnionej od  służenia wszelkim celom pozaartystycznym, np. społecznym;  charakterystyczne dla kierunków formalistycznych, a w Polsce podjęte  przez modernistów<sup>6</sup>. <br /><br /> Smutny Szatan uwalnia sztukę od tematów narodowo-wyzwoleńczych, od  fałszywej moralności i podziałów na dobro i zło. W świadomości polskiej  zaczyna pojawiać się obrazoburcza wizja świata i pogarda dla obłudnej  kołtunerii.<br /> Koncepcja sztuki Przybyszewskiego to przede wszystkim proste, lecz  rewolucyjne stwierdzenie, że sztuka jest religią, a artysta jej  kapłanem.<br /><br /> <em>(...) sztuka  jest  odtworzeniem  tego,  co  jest  wiecznym,  niezależnym  od  wszelkich  zmian  lub  przypadkowości, niezawisłym ani od czasu, ani od przestrzeni, a więc:  odtworzeniem  istotności,  tj.  duszy.  I  to  duszy,  czy  się we wszechświecie,  czy w  ludzkości,  czy w pojedynczym indywiduum przejawia.  Sztuka  zatem  jest  odtworzeniem  życia  duszy we wszystkich  jej  przejawach,  niezależnie  od  tego, czy są dobre lub złe, brzydkie lub piękne<sup>7</sup>. </em><br /><br /> Sztuka jest zatem uwiecznieniem duszy – <em>nagiej duszy</em> – bez  wszelkich ograniczeń moralnych, bez oceniania i dzielenia na dobro i  zło. Sztuka prawdziwa, to zarówno piękno i miłość, ale również śmierć,  zbrodnie, degeneracja i brzydota. Tylko za sprawą sztuki można dosięgnąć  wieczności i absolutu. Ona sama jest absolutem i wiecznością.  Uwalniając ją od wszelkich praw i moralności, Przybyszewski zostawia  sobie furtkę do wprowadzania w swoje utwory bohaterów zdegenerowanych,  szarpanych namiętnościami, nie liczących się z normami społecznymi i  moralnymi. A dlaczego? Bo dusza najbardziej objawia się w skrajnych  stanach. Czy to w stanach upojenia alkoholowego, erotyzmie, czy też  chorobie psychicznej. <br /><br /> <em>Artysta  odtwarza  zatem  życie  duszy  we  wszystkich  przejawach;  nic  go  nie  obchodzą  ani  prawa społeczne, ani etyczne, nie zna przypadkowych odgraniczeni nazw i formułek, żadnych  z tych koryt, odnóg i  łożysk, w jakie społeczeństwo olbrzymi strumień duszy wepchnęło  i go  osłabiło. Artysta zna tylko — powtarzam — potęgę, z jaką dusza na zewnątrz wybucha<sup>8</sup>. </em><br /><br /> Przybyszewskiego fascynują te wybuchy duszy manifestujące się często w  ludzkich tragediach. Uwielbia ludzi cierpiących, umierających. Tadeusz  Boy-Żeleński wspomina sytuację, w której Stachu zaprosił do siebie  suchotnika w cichej nadziei, że on nie przeżyje. Upajał się  opowiadaniem, że w jego domu ktoś umrze. Jakież było jego rozczarowanie,  gdy chory odzyskał zdrowie<sup>9</sup>!  Smutny Szatan dba również o to, by i jego dusza "wybuchała na zewnątrz".  Lista sposobów na to jest długa: alkoholizm, narkomania, żądze,  namiętności, zdrady, notoryczne kłamstwa. Chętnie również otacza się  artystami bez talentu, wie bowiem, że ich tragedia i cierpienie się  szczere, lubi czuć ich nieszczęście. Jest on Smutnym Szatanem, którego  bezkrytycznie uwielbiają młodzi - słynne Dzieci Szatana. Utwierdzając go  w przekonaniu, że sztuka może być religią, a artysta jej kapłanem – on  był wręcz Prorokiem. <br /> Przybyszewski nie oddziela sztuki od życia. Sztuka, jako odkrywanie "wszechduszy" jest częścią życia, a życie częścią jej. <br /><br /> <em>(...) ten głęboko dobry człowiek był straszliwym niszczycielem.  Musiał żyć tragedią, musiał mieć ją na co dzień i od święta, jak teatr.  (...) Przybyszewski wypełnił jedną rolę. Obudził poczucie tragizmu  życia, sztuki. (...) ten książę ciemności był pierwszym, który pochylał  się nad wszystkimi przepaściami życia, nad otchłanią nieszczęścia i  zbrodni, nie jako pisarz, ale wręcz jako człowiek, który każde słowo  płacił krwią swoją i - cudzą. I to jest arcyważne do zrozumienia wpływu  Przybyszewskiego<sup>10</sup>.</em> <br /><br /> Do zrozumienia koncepcji sztuki Przybyszewskiego, należy zrozumieć, czym  jest naga dusza. Według Stacha bowiem, najważniejszym celem sztuki,  jest odkrywanie duszy jako absolutu. Człowiek składa się z dwóch  antagonistycznych pierwiastków: wyższego, czyli potężnej, wszechmocnej i  wszechpotężnej duszy, oraz z niższego - mózgu, który krępuje ten  absolut<sup>11</sup>. <br /> Człowiek w swej istocie jest niedoskonały, bo próbuje wszystko tłumaczyć  za pomocą przyczyn i skutków, uważa, że świat dzieli się na wewnętrzny –  świadome Ja i zewnętrzny – rzeczywistość, na którą nie ma wpływu.  Smutny Szatan krytykuje twórców wyznających taką koncepcję, a ich sztukę  uważa za realną, bezwartościową. Każdy, kto próbuje wykorzystać sztukę  do nauczania, moralizowania, niegodny jest nazywać siebie artystą. <br /><br /> <em>Działać  na  społeczeństwo  pouczająco  albo  moralnie,  rozbudzać  w   nim  patriotyzm  lub społeczne  instynkta  za  pomocą  sztuki,  znaczy   poniżać  ją,  spychać  z  wyżyn  absolutu  do nędznej przypadkowości  życia, a artysta, który to robi, niegodny jest miana artysty<sup>12</sup>.</em> <br /><br /> Prawdziwa sztuka odkrywa to, co jest prawdą, czyli duszę we wszystkich  jej przejawach. Stąd w utworach Przybyszewskiego mnogość motywów  erotycznych - zdrad, kazirodztwa, pożądania. Erotyzm jest bowiem  potężną, pierwotną siłą, która determinuje życie ludzkie. Jest on  częścią tej nieuświadomionej, uciśnionej przez świadome Ja, mózg i  zmysły transcendentalnej duszy, której odkrywanie jest jedynym i  najważniejszym celem sztuki. Stąd też tylu bohaterów, którzy w  patologicznych stanach uświadamiają sobie niedostępne dla innych części  duszy. Tylko wyzwalając się ze świadomości (w narkotycznych wizjach,  pijaństwie, uleganiu potężnej sile chuci) można zbliżyć się do absolutu i  tworzyć prawdziwą sztukę.  Do zaobserwowania "wybuchającej na zewnątrz duszy" Przybyszewski  przeprowadza głębokie analizy psychologiczne stanów psychicznych swoich  bohaterów. Doprowadza to nie tylko, do pogłębienia psychologizmu w  literaturze, ale również, co jest warte podkreślenia, jako pierwszy  przyznaje podświadomości ludzkiej tak wielkie znacznie (jeszcze przed  Freudem)<sup>13</sup>. Co prawda większość czytelników zarzuca mu, że  jest zbyt jednostronny, utwory są monotonne i przeładowane erotomanią.  Jednak ma to swój ukryty cel. W jego utworach akcja jest na drugim  planie. Najważniejsze jest to, co rodzi się podczas czytania w odbiorcy.  Stachu nie pisze wprost o emocjach przeżywanych przez bohaterów. Trzeba  dotrzeć do nich samemu. Czytając długi opisy stanów psychicznych mają  się dopiero narodzić te emocje. Dzięki temu czytelnik, który zrozumie  utwór, może zbliżyć się do absolutu. Może poznać tą ukrytą cześć swojej  duszy, do której za pomocą rozumu nie dotrze. <br /> Artysta może zbliżyć się do poznania duszy, bo jego korzenie w tkwią z  narodzie. Naród zaś, jest częścią wieczności. Dla artysty nieważna jest  polityka, przemiany, ustrój, dla niego liczy się tylko to, co łączy cały  naród, co sprawia, że jest on odrębny od innych. Ważna jest  metafizyczna dusza narodu, która go spaja i nadaje mu tożsamość.  <br /><br /> <em>Naród  to  cząstka  wieczności  i  w  nim  tkwią  korzenie  artysty,   z  niego,  z  ziemi  rodzinnej ciągnie artysta najżywotniejszą swą  siłę. W narodzie tkwi artysta, ale nie w jego polityce, nie w  jego   zewnętrznych  przemianach,  tylko  w  tym,  co  jest  w  narodzie   wiecznym:  jego odrębności od wszystkich innych narodów, rzeczy  niezmiennej i odwiecznej: rasie<sup>14</sup>. </em><br /><br /> Z koncepcji sztuki Przybyszewskiego wyłania się niesamowity obraz.  Sztuka jest wiecznością, absolutem, duszą, którą mogą odkryć tylko  nieliczni. Jest ona metafizycznym mostem do jądra wszechrzeczy, łączy ze  sobą wszystkie zmysły i tworzy nowe połączenia. Potrafi dotrzeć tam,  gdzie głos smakuje, wzrok słyszy, a dotyk widzi. Artysta jest  pośrednikiem, który za pomocą swojej podświadomości i dzięki wyrzeczeniu  się rozumu, może odkryć potężną tajemnicę bytu - absolut i duszę. <br /><br /><br /> Przypisy: <br /> 1) Przybyszewski nazywał siebie patetycznie meteorem, którego droga jest  miliony razy dłuższa niż gwiazd. Meteor pojawia się, jest postrachem  dla ludzi i znika, po drodze niszcząc światy i wzbogacając się nimi.  Metafora ta miała na celu ukazanie jego wielkiej roli w życiu i sztuce  oraz jego wyższości nad ludźmi. 26 IX 1931 roku jego ciało zostało  przeniesione do grobu na cmentarzu parafialnym w Górze koło  Inowrocławia. Na tablicy nagrobkowej został upamiętniony określeniem  Meteor Młodej Polski. (por. Wilhelmi, J., <em>Wstęp</em>, [w:] Przybyszewski, S., <em>Moi współcześni</em>, Czytelnik, Warszawa 1959, s. 6.) <br /> 2) Określenia Smutny Szatan używał m.in. Tadeusz Boy-Żeleński (por. Żeleński, T., <em>Smutny szatan</em>, [w:] tenże, <em>Reflektorem w mrok</em>,  Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985.) Określenie to zostało  ogólnie uznane w literaturze dotyczącej Przybyszewskiego. <br /> 3)  Helsztyński, S., <em>Przybyszewski</em>, za: Przybyszewski, S., Listy, tom I, poz. 37, s. 52.<br /> 4) Cyganeria w Berlinie, która znała i ceniła Przybyszewskiego jako  człowieka i artystę, miała trudności z wymówieniem dziwnie brzmiącego,  polskiego nazwiska Przybyszewski. Dlatego też zastępowali je różnymi  określeniami, m.in. Stachu, genialny Polak. <br /> 5)  <em>confiteor</em> z łac. – wyznaję. <br /> 6)  Sierotwiński, S., <em>Słownik terminów literackich</em>, Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo, Wrocław 1986. <br /> 7)  Przybyszewski, S., <em>Confiteor</em>, [w:] tenże, <em>Confiteor. Synagoga szatana</em>, Spółdzielnia wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 1999/2000, s. 19.<br /> 8)  Tamże, s. 20. <br /> 9)  Żeleński, T., <em>„Znaszli ten kraj?...”</em>, [w:] tenże, <em>Reflektorem w mrok</em>, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985, s. 80-81.<br /> 10)  Żeleński, T., <em>Smutny szatan</em>, [w:] tenże, <em>Reflektorem w mrok</em>, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985, s. 64-65.  <br /> 11)  Taborski, R., <em>Wstęp</em>, [w:] Przybyszewski, S., <em>Wybór pism</em>, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 1966, s. 20. <br /> 12)  Przybyszewski, S., dz. cyt., s. 21-22. <br /> 13)  Taborski, R., <em>Wstęp</em>, [w:] Przybyszewski, S., <em>Wybór pism</em>, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 1966, s. 20-22. <br /> 14)  Przybyszewski, S., dz. cyt., s. 24. <br /><br /><br /> <strong>Bibliografia podmiotu:</strong><br /> 1. Przybyszewski, S.,<em> Confiteor</em>, [w:] tenże, <em>Confiteor. Synagoga szatana</em>, Spółdzielnia wydawnicza ANAGRAM, Warszawa 1999/2000.<br /><br /> <strong>Bibliografia przedmiotu:</strong><br /> 1. Helsztyński, S.,<em> Przybyszewski</em>, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1966.<br /> 2. Sierotwiński, S., <em>Słownik terminów literackich</em>, Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo, Wrocław 1986.<br /> 3. Taborski, R., <em>Wstęp</em>, [w:] Przybyszewski, S., <em>Wybór pism</em>, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 1966.<br /> 4. Wilhelmi, J., <em>Wstęp</em>, [w:] Przybyszewski, S., <em>Moi współcześni</em>, Czytelnik, Warszawa 1959.<br /> 5. Żeleński, T, <em>Reflektorem w mrok</em>, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><strong>© Autor: Katarzyna Hofbauer</strong></p>
]]></description>
</item>
<item>
<title>
Sztuka dla sztuki i sztuka zaangażowana - hasła kształtujące dwa modele literatury</title>
<link>
http://stachu-przybyszewski.pl/artykuly/2-Sztuka-dla-sztuki-i-sztuka-zaangazowana.html</link>
<pubDate>
Mon, 11 May 2009 14:41:59 +0200</pubDate>
<description><![CDATA[
<p>Młoda Polska to epoka literacka przypadająca na przełom XIX i XX wieku. W tym okresie dwa hasła: <em>sztuka dla sztuki</em> i <em>sztuka zaangażowana</em>, wykształciły dwa modele literatury.</p>
<p>Według definicji słownikowej sztuka dla sztuki to <em>hasło, które   sformułował T.Gautier, poeta francuski w XIX wieku, wyrażające dążność   do stworzenia poezji czystej, tj. uwolnionej od służenia wszelkim celom   pozaartystycznym, np. społecznym; charakterystyczne dla kierunków   formalistycznych, a w Polsce podjęte przez modernistów. </em><br /> Czołowy przedstawiciel tego poglądu w Polsce, Stanisław Przybyszewski, w swoim manifeście <em>Cenfiteor</em>pisał,   że sztuka jest odtworzeniem tego, co wieczne, czyli duszy. Sztuka nie   zna zasad moralnych i jest celem samym w sobie. Jest ona religią,   natomiast artysta jest jej kapłanem. Taki pogląd całkowicie zaprzeczał   wykorzystywaniu jej do celów np. społecznych. <br /> Przedstawicielem  drugiego z haseł był Ludwik Krzywicki, który krytykował  przekonania  Przybyszewskiego. Twierdził on, że można pisać o czym się  chce, tylko  musi to szczere. W swym artykule <em>O sztuce i nie-sztuce. Luźne uwagi profana</em> pisze: <em>(...)   I wy szermierze lubieżności pod maską sztuki dla sztuki, wyklinacie   wszelkie tendencje tylko po to, ażeby zamiast sztucznych tyrad na temat   miłości dla milionów wprowadzić zapożyczone z domów nierządu sztuczne   gesty i sztucznie hodowane obrazy! Milczcie pajace  ducha i nierządnicy   uczucia, milczcie kłamcy i obłudnicy! (...)</em>. Cytat ten oskarża twórców sztuki dla sztuki o kłamstwo i obłudę.<br /> Przyjrzyjmy się bliżej pierwszemu poglądowi. Dla reprezentujących go   artystów źródłem sztuki była dusza i metafizyka. Przykładem takiego   utworu jest <em>Śnieg</em> Stanisława Przybyszewskigo. Jest to dramat,   który ukazuje miłość jako fatalną siłę metafizyczną, będącą poza dobrem i   złem. Niszczy ona ludzkie życie i nie można się jej przeciwstawić ani z   nią walczyć. Utwór ten jest pełen walki nie tyle ludzi, co ich   namiętności. Przybyszewski stworzył świat odwiecznej, metafizycznej   tragedii, którą jest miłość. Ludzie działają wbrew rozumowi. Jeden z   bohaterów, Tadeusz, doprowadza do samobójstwa  swoją żonę i brata, by  zaspokoić swoje pożądanie. Autor daje nam do  zrozumienia, że  człowiekiem rządzą metafizyczne siły, którym nie jest w  stanie się  oprzeć. <br /> Z tego źródła korzystał równieżTadeusz Przerwa-Tetmajer, pisząc wiersz <em>Nie wierzę w nic</em>.   Podmiotem lirycznym utworu jest dekadent, który przedstawia swoje   przeżycia wewnętrzne, cierpienie. Jest to zapis stanu jego duszy - jest   bezradny wobec świata, ma poczucie wewnętrznej pustki. Podmiot liryczny   mówi jedynie o swym cierpieniu, nie próbuje znaleźc rozwiązania. <br /> Uwalniając sztukę od zaangażowania, moderniści uważali, iż jednym z jej   zadań jest tworzenie i ukazywanie piękna. Tetmajer, w swym wierszu <em>Melodia mgieł nocnych</em>,   za pomocą impresjonizmu towrzy nastrój. Utwór nie ma przesłania,  bowiem  jedo jedynym celem jest tworzenie i opisywanie piękna oraz  dostarczanie  czytelnikowi wrażeń estetycznych. W mniejszym stopniu  realizowany jest w  nim też inny cel sztuki - ukazywanie prawdy o  rzeczywistości. Poeta  opisuje bowiem widok mgieł nad Czarnym Stawem  Gąsienicowym w Tatrach. <br /> Również Przybyszewski ujawniał prawdę w swych uworach. W dramacie <em>Śnieg</em> pokazuje on ludzkie nieszczęścia oraz namiętności i zawiłe związki   międzyludzkie. Bronka obawia się, że straci swojego męża, przez   namiętności, które nim rządzą, a nie potrafi się im oprzeć. Pojawia się   tu również motyw nieszczęśliwej miłości, tak częstej w życiu.   Przybyszewski obserwował wokół siebie samobójstwa m.in. z miłości i   odzwierciedlił je w swym utworze.</p>
<p>Zupełnie odmienna była sztuka zaangażowana. Poruszała m.in. tematykę    społeczną, a jej zadaniem było wychowywanie oraz moralizatorstwo.    Zwolenniczką tego była Gabriela Zapolska, która wykorzystywała    literaturę do moralizowania i ośmieszania kołtunerii. W dramacie <em>Moralność pani Dulskiej</em> krytykuje postawę mieszczan, którzy szczycili się swą fałszywą    moralnością. Tytułowa Dulska stawia zdanie sąsiadów oraz własny    wizerunek ponad sprawiedliwością i prawdą. Zamiast rozwiązywać problemy,    stara się je ukryć przed innymi. Zapolska krytykuje ograniczone    horyzonty myślowe, wyśmiewa hipokryzję i dbanie jedynie o to, co pomyślą    sąsiedzi. <br /> Podobne zdanie na temat koncepcji sztuki miał Stanisław Wyspiański. W dramacie <em>Wesele</em> zwrócił uwagę na brak dialogu między inteligencją a chłopami. Te dwie    warstwy społeczne nie potrafią się zrozumieć, bo tak naprawdę nic o    sobie nie wiedzą. Dziennikarz uważa, że polityka nie jest dla chłopów,    myśli, że nie wiedzą nawet gdzie leżą Chiny. Pan Młody z kolei ożenił    się z chłopką by podziwiać wieś, fascynować się tragedią chłopską, nie    widzi jednak chorób, biedy. Wyspiański zwraca tym uwagę na  chłopomanię,   zachwyt fałszywie pojętym pięknem wsi, pozorną  sielankowością, bez   zrozumienia jej problemów. Pojawia się tu również  krytyka   "przybyszewszczyzny", która została symbolicznie przedstawiona  za pomocą   komicznej postaci Nosa. <br /> <em>Wesele</em> podejmuje  również tematykę  narodowo-wyzwoleńczą. Za pomocą  historyzmu zostaje  ukazany charakter  Polaków oraz geneza naszych wad  narodowych.  Wyspiański wskazuje na  rabację galicyjską jako powód braku   porozumienia między warstwami.  Dramat ten miał uświadomić  społeczeństwo,  że solidaryzm i wyzwolenie są  niemożliwe, bo Polacy nie  potrafią się  porozumieć i ze sobą rozmawiać.  Chocholi taniec  symbolizuje lęk przed  odpowiedzialnością za powstanie.  Społeczeństwo  żyje w sferze marzeń,  jest zagubione i apatyczne. <br /> Na podobne problemy zwraca uwagę Stefan Żeromski w opowiadaniu <em>Rozdziobią nas kruki, wrony...</em> Według niego powstanie styczniowe musi upaść, bo walczą tylko    jednostki, a chłopi nawet o nim nie wiedzą. Autor uświadamia Polaków, że    potrzebny jest solidaryzm narodowy, bo tylko tak można osiągnąć    wyzwolenie. Tymczasem społeczeństwo nie może się porozumieć, a nawet nie    ma wspólnego wroga, bo chłopi są wykorzystywani i uciskani przez    szlachtę. <br /> Takie utwory miały wychowywać, uczyć i uświadamiać Polaków. Za pomocą symboli i ironii ośmieszać wady i wywołać refleksje.<br /> Jak mogliśmy zauważyć, w okresie Młodej Polski istniały dwa modele literatury. Pierwszy wykształtowany przez hasło <em>sztuka dla sztuki</em>,    który uwolnił literaturę od służby społeczeństwu oraz zasad moralnych  i   miał na celu objawienie duszy we wszystkich jej stanach. Drugi zaś    ukształtwoało hasło <em>sztuka zaangażowana</em>, które stawiało sobie  za   cel propagowanie pewnych idei oraz służbę społeczeństwu przez    podejmowanie tematów społecznych i narodowo-wyzwoleńczych. <br /><br /><br /> BIBLIOGRAFIA<br /><br /> <span style="text-decoration: underline;">Literatura podmiotu:</span><br /> - Stanisław Przybyszewski, <em>Confiteor, Śnieg</em>, <br /> - Kazimierz Przerwa – Tetmajer, wiersze: <em>Melodia mgieł nocnych, Nie wierzę w nic</em>,<br /> - Stanisław Wyspiański, <em>Wesele</em>, Kraków 1973, <br /> - Gabriela Zapolska, <em>Moralność pani Dulskiej</em>, <br /> - Stefan Żeromski, <em>Rozdziobią nas kruki, wrony...</em>, <br /> - Ludwik Krzywicki, <em>O sztuce i nie-sztuce. Luźne uwagi profana</em>. <br /><br /> <span style="text-decoration: underline;">Literatura przedmiotu:</span><br /> - <em>Pamiętajcie o ogrodach</em>, część druga – podręcznik do języka polskiego, Warszawa 2003, <br /> - <em>Powtórka z literatury. Młoda Polska</em>, wyd. Greg, Kraków,<br /> - Stanisław Sierotwiński, <em>Słownik terminów literackich</em>, wydanie IV, 1986.</p>
<p style="text-align: right;">&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><strong>© Autor: Katarzyna Hofbauer</strong></p>
]]></description>
</item>
<item>
<title>
Wywiad z nieobecnym</title>
<link>
http://stachu-przybyszewski.pl/artykuly/1-Wywiad-z-nieobecnym.html</link>
<pubDate>
Wed, 30 Jul 2008 21:15:30 +0200</pubDate>
<description><![CDATA[
<p><em>Ten najdobroduszniejszy z Szatanów kochał swoje szataniątka, swoje dzieci...</em><br /><br /> <strong>SMUTNY SZATAN</strong><br /><br /> z Tadeuszem Boy'em - Żeleńskim "rozmawia" Autorka<br /><br /> - <em><strong>Witam. Pragnę porozmawiać na temat Stanisława Przybyszewskiego.  Słyszałam o grupie literatów skupiających się wokół niego. Chciałabym  się czegoś o nich dowiedzieć.</strong></em><br /> - "Przybyszewszczycy" to była raczej sekta niż szkoła literacka. Nie  było [wśród nich - dop. M.] ani jednego "firmowego literata". Dobór  otoczenia odbywał się wedle całkiem innych kategorii: to były, jeżeli  można tak powiedzieć, dzieci Szatana. Takie sobie niewinne dzieci,  dzieciątka. * <br /> - <em><strong>"Dzieci Szatana"? Ciekawe określenie. Mógłby Pan powiedzieć coś więcej na ten temat? </strong></em><br /> - Stach kochał ludzi bez talentu, bo wiedział, że tragedia ich jest  szczera, a właśnie tragedia była dla niego wszystkim. Ten  najdobroduszniejszy z Szatanów kochał swoje szataniątka. On potrzebował  mieć, bodaj z imitacji, swoją zgraję, którą się bawił po trosze i którę  on czarował i bawił wzajem. To był teatr, z którego co jakiś czas  wynoszono prawdziwe trupy. <br /> - <em><strong>Wspominał Pan, że tragedia była dla niego wszystkim...</strong></em><br /> - Och tak! Orzybyszewski był człowiekiem głęboko nieszczęśliwym. Nie  przez warunki życia: nieszczęście tkwiło w nim organicznie. On tej  atmosfery nieszczęścia, tego ocierania się niemal o zbrodnię,  potrzebował. Ten głęboko dobry człowiek był straszliwym niszczycielem. <br /> - <em><strong>W jednym ze swych felietonów nazwał Pan Przybyszewskiego smutnym szatanem. Jaki był w życiu prywatnym?</strong></em><br /> - Mimo że w pismach swoich - poza osławionym "he, he" - tego nie  ujawniał, miał diabelskie poczucie humoru. Umiał prowadzić sokratycznie  dialog, wywieść rozmówcę na manowce i zostawić go na nich parsknąwszy  śmiechem. Szyderstwem wypalał wszystko jak żrącym kwasem. Niepokoił  jakimś bolesnym cynizmem, a zarazem przykuwał do siebie sekretną magią  słów. <br /> - <em><strong>Mówi się, że był on uzależniony od alkoholu i... muzyki. Był Pan  jednym z "dzieci szatana". Proszę więc powiedzieć, jak to było z tymi  nałogami?</strong></em><br /> - Mówić o oddziaływaniu Przybyszewskiegonie mówiąc o alkoholu to byłoby  tyle, co pisać dzieje Napoleona, a nie wspomnieć o wojsku. Muzyka  brzmiała w domu Przybyszewskich ciągle. Alkohol wypity z nim miał  tajemniczy smak, stopiony w jeden eliksir z muzyką, był jak gdyby  esencją "dionizyjskiego" elementu sztuki Stacha. Nie darmo wypisywaliśmy  wówczas na flaszkach wiśniówki: "Będziecie jako Bóg, znający dobre i  złe". <br /> - <em><strong>Skoro mówimy o pisaniu na flaszkach... słyszałam o sentencjach podczas picia. </strong></em><br /> - Stach nigdy nie pił bez motta. Każdy dzień, każda godzina - niemal  każdy kieliszek - miały swoje motto. Zależnie od takstu, wódka zmieniała  swój smak. "Pijcie aż dusza wykipi" ileż razy powtarzało się za nim to  motto ze wspaniałej "Pieśni pijackiej" Dehmla! <br /> - <em><strong>Jak Pan ocenia wkład Przybyszewskiego w sztukę?</strong></em><br /> - Wypełnił jedną rolę. Obudził poczucie tragizmu życia, sztuki. Ten  książę ciemności był pierwszym, który pochylał się nad wszystkimi  przepaściami życia, nad otchłanią nieszczęścia i zbrodni, nie jako  pisarz, ale wręcz jako człowiek, który każde słowo płacił krwią swoją i -  cudzą. I to jest arcyważne do zrozumienia wpływu Przybyszewskiego. Nie  jego programy, "absoluty" i "nagie dusze" porywały, ale on sam, ten opar  demonizmu, ten narkotyk, który sprzedawał. <br /> - <em><strong>Może Pan na zakończenie opowiedzieć o wizerunku jaki po sobie pozostawił?</strong></em><br /> - Dla Niemców, tych co go pamiętają, którzy pisali o nim po jego  śmierci, pozostał owym światoburczym opętanym Stachem. I u nas trzeba by  wydostać jego prawdziwą twarz spod nalotów. Twarz smutnego szatana,  twarz udręczonego bez miary człowieka, twarz wielkiego poety. <br /><br /> <em>* wszystkie odpowiedzi są cytatami ze zbioru felietonów T. Żeleńskiego "Reflektorem w mrok"</em></p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><strong>© Autor: Katarzyna Hofbauer</strong><em><br /></em></p>
<p style="text-align: right;">&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><em><br /></em></p>
]]></description>
</item>
</channel></rss>
