Autoplotka w służbie autokreacji. Casus Przybyszewskiego

„Jak to! Nie wybiera się pan na odczyt?… – Podobno biletów już nie ma!… – Co! Muszę dostać się do sali, choćby przemocą! – Czy prawda, że Przybyszewski będzie jedną ręką grał, a drugą mówił o Chopinie?…” – takim niesamowitym plotkom krążącym na temat „mistrza wiedzy diabolicznej” w roku 1899 przed jego zakopiańskim odczytem o „Metamuzyce” Chopina dawał wyraz Antoni Sygietyński. Tajemnicze, budzące dreszcze zjawiska – łącznie z obecnością diabła – zachodzić miały podczas samego odczytu: „Sala ledwie pomieścić mogła słuchaczów. Był też i pies wielki, kudłaty. A może to nie pies? Góral-odźwierny porał się z nim długi czas nadaremnie. Co go wyrzucił za drzwi jedną połową, to on wracał drugą. Dopiero gdy wsiadł nań oklep, pies puścił się przez przysionek pędem i potem obaj znikli w wszechprzestrzeni. Niezawodnie był to bies, a przynajmniej nad-pies”1.

Plotek, a więc niesprawdzonych informacji zdradzających szczegóły z prywatnego życia, rozpuszczano o Przybyszewskim co niemiara. Czegóż to o nim nie mówiono! Że śpi pod czarną kołdrą i na poduszkach z czarnej krepy, że odprawia msze satanistyczne i nocne bachanalia, że w krakowskim mieszkaniu przy Karmelickiej trzyma „foetusy z olbrzymimi głowami”, a lokatorów budzi obrazoburczymi pieśniami, wreszcie – że nieustannie otaczają go opary alkoholu i kadzidlany dym, że hipnotyzuje wzrokiem, a telepatyczną siłą potrafi ściągnąć każdego w upatrzone miejsce. Zasłyszane i wyolbrzymiane przez kolejnych nadawców treści trafiały na podatny grunt warunkujący rozwój plotki: przekazywane były w zamkniętej, bo w zasadzie ograniczonej do Galicji przestrzeni, ich bohater tkwił w tym samym co ich autorzy środowisku, był postacią znaną, co więcej – spotykaną na ulicy, w kawiarni, redakcji. Kraków był miastem wyjątkowo plotkogennym – wiadomości krążyły tu nie tyle dzięki prasie, co wieści ustnej, nowince towarzyskiej, niemilknącej famie. „Stasinek” Sierosławski, oceniając Kraków końca XIX wieku, wspomina, że przejawem jego prowincjonalności była „pantoflowa poczta: wiadomości, opinie, sądy krążyły tutaj z ust do ust, prasa codzienna odgrywała właściwie, jako źródło informacyjne, bardzo nikłą rolę”2.

O żywym zainteresowaniu Stanisławem Przybyszewskim świadczą peryfrazy, jakimi zastępowano w Młodej Polsce jego nazwisko. Mówiono o nim „genialer Pole”, polski poète maudit, smutny szatan, wódz bohemy, archicygan, budziciel duszy, arcykapłan synagogi szatana, wielki dziennikarz metafizyki, wielki Mag, krakowski Mesjasz3. Niewiele przesady jest w słowach, że „[…] gdyby po jednej stronie ulicy szedł Chrystus, a po drugiej Przybyszewski – to wszyscy ludzie patrzyliby na Przybyszewskiego”4.

[…] o Przybyszewskim rozpuszczano najrozmaitsze plotki, a im plotka była skandaliczniejsza, tym bodaj przyjemniejsza dla Przybyszewskiego. […] Przybyszewski wiele robił, ażeby o nim chodziły gadki między zwykłymi śmiertelnikami. Fama zaś pomnażała wybryki Przybyszewskiego i przekształcała go w jakąś potęgę demoniczną, uwodzącą młodzież i ją rozpijającą, nadużywającą łatwowierności kobiecej. Mefistofeles, Don Juan, Faust, ba! kogo jeszcze więcej nie utożsamiano z Przybyszewskim.

– wspominał po latach Ludwik Krzywicki5.

O autorze Requiem aeternam mówili i pisali prawie wszyscy: znawcy literatury i ignoranci, ludzie, którzy zetknęli się z nim osobiście lub tylko słyszeli plotki, przyjaciele i wrogowie. Mało kto – zarówno spośród najznamienitszych piór epoki, jak i zwykłych pismaków – nie zabierał głosu na jego temat. Nic dziwnego, że artysta skazany był na sądy przypadkowych krytyków, pamiętnikarzy i pseudoliteratów, kierujących się osobistymi sympatiami i animozjami. Na przykład obraz Przybyszewskiego jako alkoholika kreującego w dziełach rzeczywistość obłędu i choroby utrwalił w pierwszej monografii poświęconej pisarzowi Józefat Nowiński, za którego – podstępem wyłudzone – pieniądze Stach ze sproszonymi kompanami ucztował na chrzcie córki Iwi. „Kto wie, jaką książkę napisałby Nowiński, gdyby się wtedy z Przybyszewskim zaprzyjaźnił?” – zastanawia się autor studium o legendzie Przybyszewskiego Józef Dynak6.

Sile ekspresji zarówno pomówień, jak i apologii i peanów na cześć młodopolskiego pisarza ulegali nawet historycy literatury. Utwory Przybyszewskiego jeszcze za życia autora skazane zostały na literacki niebyt w procesie, w którym poszlaki – w rodzaju emocjonalnych oskarżeń o „ruję i poróbstwo” oraz „zrobaczoną zmysłowość” – funkcjonowały zamiast rzetelnych naukowych dowodów. Opatrzone fiszką „gorszące i manieryczne” wypadły z czytelniczego obiegu. Osiemdziesiąt pięć lat po śmierci autor Śniegu nadal bywa postrzegany poprzez stereotypowy wizerunek dekadenta, cygana i satanisty.

Grunt dla plotek i legendy przygotowany został już podczas dziewięcioletniego pobytu pisarza w Berlinie, gdzie Przybyszewski – jak wielu Polaków – wyjechał w 1889 roku z zamiarem podjęcia studiów architektonicznych (porzucił je zresztą po roku dla medycyny). Jego wizerunek kształtowały w tym okresie między innymi pełne napięć romanse, bulwersujące nawet środowisko literackie. Tajemnicą poliszynela był jego nieformalny, utrzymywany w tajemnicy przed rodziną i owocujący trojgiem nieślubnych dzieci związek z Martą Foerder, nieprzerwany mimo zawarcia małżeństwa ze zjawiskowo piękną, adorowaną przez wielu Norweżką Dagny Juel, która dość ostro namawiała męża do porzucenia „bandyckiej narzeczonej”7 (drugie dziecko z Foerderówną przyszło na świat trzy miesiące po ślubie pisarza z Duchą, trzecie poczęte zostało prawdopodobnie wtedy, gdy podczas pobytu żony w Kongsvinger u rodziców Przybyszewski zamieszkał na pewien czas z dawną kochanką). Na opinii pisarza zaważyła negatywnie skandaliczna, zagadkowa śmierć Marty, która – będąc prawdopodobnie w kolejnej ciąży – otruła się w 1896 roku, świadoma, że Przybyszewski nigdy nie opuści dla niej żony. Pisarz został aresztowany jako moralny sprawca tragedii, spędził w więzieniu dwa tygodnie i choć go uniewinniono, berlińscy znajomi odsuwali się od niego, a fali plotek nie udało się powstrzymać. Echa tych wydarzeń docierały i do Polski, zwłaszcza tuż przed powrotem „smutnego szatana” do kraju, gdzie jesienią 1898 roku objął redakcję słynnego krakowskiego „Życia”. Tajemniczość terminującego w Niemczech Przybyszewskiego potęgowały – poza ważną dla mitu artysty burzliwą młodością – zainteresowania demonologiczne skutkujące publikacją Synagogi szatana oraz przynależność – obok takich znakomitości jak Edward Munch czy August Strindberg – do berlińskiej cyganerii zbierającej się w winiarni Pod Czarnym Prosiakiem.

Prawdziwe skandale, którymi żyła galicyjska społeczność, miał przynieść dopiero okres między czerwcem roku 1899 a 1901. Dwa burzliwe lata w życiu Przybyszewskiego naznaczyły kolejno: prowadzone jednocześnie romanse z żoną Jana Kasprowicza oraz malarką Anielą Pająkówną, rozstanie ze zrozpaczoną Dagny, która także postarała się o towarzystwo kochanka, pozorne pojednanie małżonków, wreszcie śmierć żony, zastrzelonej przez Władysława Emeryka. Owe dwa lata wyjątkowo silnie zaważyły na biografii pisarza, kształtując jego wizerunek skandalisty, mimo iż plotki stopniowo cichły, zwłaszcza po zawarciu przez Przybyszewskiego w 1905 roku małżeństwa z Jadwigą Kasprowiczową, trzymającą dom twardą ręką i żądającą od artysty regularnych dochodów, jakie zapewnić mogła produkcja literacka.

Póki co wracał jednak autor do Krakowa w nimbie sławy, jaką przyniosły mu dobrze przyjęte na gruncie niemieckim pierwsze utwory (w tym poemat Totenmesse8), i z przyłataną mu przez Strindberga etykietą „genialnego Polaka”. Entuzjastyczne powitanie było dużą zasługą samego Przybyszewskiego, który przygotowywał rodaków na swój powrót, tak się zawczasu anonsując:

Jestem Polakiem krwią i duszą. Kocham naród polski nade wszystko, ale pod względem sztuki nie wiem, co naród lub ludzkość znaczy. Piszę po niemiecku, bo to język znany w całej Europie, a ta garstka ludzi, która mnie czyta i rozumie, rozrzucona po całej Europie. Dowodem tego, że na przykład Niemcy mnie bojkotują, a za to wielkim uznaniem cieszę się w Czechach i Danii. Zresztą nie znalazłbym w Polsce nakładcy, a chociażbym znalazł, toby wszystko skonfiskowano. W Rosji wszystko zakazane, a w Austrii skonfiskowano niedawno cały nakład czasopisma „Zeit”, bo się pojawiła krytyka o moich Wigiliach […]. Teraz nawet w Niemczech nie mogę znaleźć nakładcy, bo każdy się obawia moje ostatnie rzeczy drukować. Myślę się przenieść do Francji i spróbuję pisać po francusku9.

Przybyszewski świadomie manipulował faktami, by dodać sobie splendoru i wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Na przestrzeni zaledwie kilku zdań donosił o swoich związkach aż z siedmioma krajami, umiejętnie wplatając pod koniec wiadomość o żonie Norweżce. To musiało imponować artystom z prowincjonalnego bądź co bądź Krakowa. Pod pozorem czystej informacji chwalił się autor odwagą swych pism i sugerował – nie ma wątpliwości, że na wyrost – iż równie doskonale poradziłby sobie z twórczością w języku francuskim. Interesujące, że 28-letni Przybyszewski zręcznie kreował się jednocześnie na obywatela świata i patriotę, i taki swój wizerunek podtrzymywał wszystkimi siłami do końca życia.

Cytowany list spełniający rolę podkoloryzowanego konterfektu wysyłanego przyszłej oblubienicy to jeden z pierwszych wyraźnych tekstów autoreklamowych Przybyszewskiego. Nie ma wątpliwości, że pisarz sam był autorem funkcjonującej do dziś legendy o sobie. Podlegał plotkom, ale i sam je tworzył. Kształtował swój wizerunek wedle własnej woli i chęci, rozsiewając informacje wymykające się weryfikacji, lecz wsparte prestiżem nadawcy. Czynił to w listach, krakowskich manifestacjach obyczajowych i artystycznych, odczytach o Kasprowiczu i Chopinie, a przede wszystkim w pisanych pod koniec życia autobiograficznych Moich współczesnych, których pierwszy tom ukazał się rok przed śmiercią, drugi – trzy lata po śmierci pisarza. Plotka w wydaniu Przybyszewskiego wyraża się choćby skłonnością do autointerpretacji własnych utworów i własnej osoby, artykułującą się również w polemicznych utarczkach z krytykami i komentatorami życia i twórczości.

Choć w przypadku autora De profundis od początku istotnym źródłem informacji były jego osobiste wyznania – oraz dzieła literackie traktowane jako kolejne sensacyjne autobiografie – bezkrytycznie wierzyć mu nie sposób. Przybyszewski przetykał prawdę konfabulacją, a przyparty do muru to sobie zaprzeczał, to uciekał się do wybiegów logiczno-erystycznych, przekonując np., że kłamstwo jest w życiu czynnikiem zbawiennym, waloryzowanym wyżej niż prawda. Stąd jego bohaterowie oscylują między imperatywem prawdy a chroniącym przed cierpieniem i podtrzymującym iluzję fałszem. „Kto nie umie kłamać, ten niech milczy, milczy…” – radzi Ruszczyc w jednym z najsłynniejszych dramatów „mistrza” – Złotym runie.

Moi współcześni to dziwny dokument. Swoista spowiedź, w której autokreacja i dyplomacja przeważa nad szczerością. Dowód, że pisarz do końca pragnął podsycać zainteresowanie swoją osobą; że realizował postulat twórczego kreowania własnego życia jako równoprawnego sposobu wypowiedzi literackiej. Znamienne, że choć tytuł książki wskazywałby na tekst poświęcony ludziom, z którymi autor zetknął się w czasie swego życia, to Przybyszewskiemu bliżej do postawy introspekcji i wyznania dostrzegalnej zwłaszcza w journal intime niż do postawy świadka, wyraźnej we wspomnieniach i pamiętnikach10. Pisarz wycisza przekaz faktów, a wyraźniej akcentuje to, co osobiste. Dokonuje introspekcyjnego wglądu, skupia się na rzeczywistości myślowej, na lekturach i doznaniach duchowych, na swoim świecie wewnętrznym. Takie introwertywne pisanie bywa zaś – jak twierdzi Małgorzata Czermińska – rodzajem autoterapii i autokreacji; studiowanie własnego ja przeradza się w świadome pozowanie. Narracja staje się dla Przybyszewskiego aktem reinterpretacji własnej egzystencji. Nie ma wątpliwości, że Moi współcześni to rodzaj autobiografii, tę zaś – jak pisze Northrop Frye w Anatomy of Criticism – „inspirują bodźce twórcze i w konsekwencji imaginacyjne, popychające pisarza do uchwycenia tylko tych wydarzeń i doświadczeń własnego życia, które pozwolą mu podporządkować całość wzorcowi dobrze uporządkowanemu. […] Wzorzec ten może oznaczać coś, co przekracza indywiduum i z czym autor usiłowałby się identyfikować lub po prostu spójność jego osoby z jego postawami”11.

Autokreacji w wydaniu Przybyszewskiego blisko do autopromocji. Pisarz stara się zburzyć nieprawdziwe – jak twierdzi – wyobrażenia o sobie, rozlicza się z postaw i poglądów. Zaczynając od dzieciństwa, przedstawia historię swego życia podzielonego na dwa etapy: do czasów berlińskich (cz. I Wśród obcych) i po powrocie do kraju (cz. II Wśród swoich). Przedstawia ją – powiedzmy od razu – bardzo selektywnie. Bez dat i wielu istotnych dla jego biografii wydarzeń, jak choćby romanse i małżeństwa, o których inni plotkowali najchętniej, zgodnie zresztą z typową dla plotki tendencją do chronique scandaleuse, czyli uwypuklaniem sensacji erotyczno-finansowych. Dzięki zamierzonej dyskrecji uczuciowej usiłował Przybyszewski wyciszyć famę o niemoralnym prowadzeniu się, nakierować uwagę czytelników na inne obszary swego życia; jawił się jako człowiek potrafiący wznieść się poza namiętności, skupiony na sferze ducha. Opowiadając o sobie, podjął bardzo swobodną wędrówkę pośród mnogości problemów egzystencjalnych. Wyrwy w biografii sprzyjały przeinaczaniu faktów, tworzyły miejsce dla zmyślenia i plotki. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, zważywszy, że lwia część pamiętników i wspomnień funduje swą atrakcyjność właśnie na plotce. Plotkarskie jest u Przybyszewskiego także tworzywo językowe, na które składają się dygresje, powracanie do tych samych wątków, subtelne zmienianie akcentów i detali w nawrotach, modyfikacje interpretacji wspomnianych wcześniej faktów.

Nie ma wątpliwości, że dobór wydarzeń i stosunek „ja” mówiącego do przedmiotu wypowiedzi sprzyjały autolegendowemu działaniu Moich współczesnych. Przybyszewski przedstawia siebie jako outsidera i wiecznie „obcego”, stojącego ponad tłumem buntownika:

[…] zawsze znalazłem się jakoś poza społeczeństwem, już to wskutek drwiącego jakiegoś nihilizmu, dla którego „wartości życiowe” przedstawiają fatalną bezwartość, już to dla maniackiego ducha przekory, który zawsze mówi: nie! gdy wszyscy inni mówią: tak!12

Samotność tę zdeterminować miało jego nazwisko:

Gdziekolwiek w życiu się znalazłem, czy za granicą, czy u swoich, wszędzie byłem „przybyszem”. A nawet imię „moje” nie jest przypadkowym, aż nadto stało z tej sławy, a raczej osławienia, bo „przybysze” wzbudzają li tylko ciekawość i właśnie naokół nich snują się najrozmaitsze legendy i to doprawdy nie najpochlebniejsze. Wiążą się z nimi domysły najfatalniejsze […] w średniowiecznych procesach o czary często gęsto wędrował na sromotny stos taki bliżej nie znany, a więc niesamowity „przybysz” […]. (MW 43)

Nawet przypominane przezeń zdarzenia dzieciństwa świadczyć mają o wyjątkowości, wcześnie rozbudzonej dojrzałości i wrażliwości. Wśród nich historia – o wyraźnym posmaku autoplotki – z litanią do św. Cecylii, którą Stach miał napisać jako dziesięciolatek, a która – znaleziona przez matkę i przedstawiona księdzu – dzięki swej wspaniałości umożliwiła mu wcześniejsze przystąpienie do I komunii św.

Talent, inteligencja i wiedza to ważne elementy autokreacji. Przybyszewski przynajmniej dwukrotnie informuje czytelnika, jak to w szkole podpowiadał i odrabiał za kolegów zadania, nawet kosztem obniżonej oceny ze sprawowania i narażenia na ojcowski gniew. Jego biografowie z upodobaniem przekazywali też niesprawdzoną, a zaczerpniętą z Moich współczesnych wiadomość, jakoby w okresie berlińskim pisarz dorabiał pisaniem rozpraw doktorskich dla mniej utalentowanych. Stworzyć miał mianowicie m.in. prace o wyprawie Napoleona na Moskwę, wpływie chloroformu na organizm zwierzęcy czy roli świadomości.

Akcentuje pisarz pierwsze inicjacje demonologiczne, dodające jego osobie tajemniczości i niezwykłości. Spory fragment poświęca służącej w jego domu rodzinnym Ulisze, którą stylizuje na okrutną czarownicę, mogącą konkurować z Alraune, bohaterką poczytnej w epoce powieści Ewersa. Wspomina o urokach, jakie kobieta rzucała na zwierzęta gospodarskie i ludzi, w tym samego Stacha, którego omal nie doprowadziła do śmierci.

Ulicha chwyciła mnie, wcisnęła między kolana, rozcięła mi skórę na czole – dotychczas mam bliznę – wtarła w rankę sok niedojrzałych śliwek, który przedtem opluła, mnie zaś kazała powiedzieć, żem czoło sobie rozciął o kant stołu, bo inaczej żywcem do piekła się dostanę. (MW 216)

Tym doświadczeniem tłumaczy Przybyszewski późniejsze zainteresowania satanizmem i czarownictwem, którym dał upust w Synagodze szatana i powieści Il regno doloroso. W rzeczywistości praktyki, które przypisuje służącej (posiekanie tasakiem ropuch i nakarmienie ich resztkami świń, przyrządzanie wywarów powodujących fizyczne i psychiczne kalectwo, opętańczy taniec po szkolnych ławkach i plucie na krzyż), skomponował zapewne dzięki zdobytej później wiedzy demonologicznej. Relacje sąsiadów Przybyszewskich, zebrane przez biografa autora Śniegu, Stanisława Helsztyńskiego, nie potwierdzają obrazu Ulichy przekazanego w Moich współczesnych. „Arcykapłan synagogi szatana” wykreował go, by dowieść swoich związków z ciemną stroną życia, o które i tak go podejrzewano.

Zatem odpowiadała Przybyszewskiemu rola skandalisty. Wszak mógł wyakcentować w swym wizerunku dobroć i litość, o jakiej świadczy choćby przekazany przez jego kolegę z czasów młodości – Józefa Siemiątkowskiego – fakt, że pewnej surowej zimy Stach oddał przypadkowemu, ubranemu w łachmany i marznącemu człowiekowi swoje porządne nowe futro, za co dostał solidną burę od ojca. Wolał być diabłem niż aniołem.

Dziwne, mediumiczne skłonności pisarza, obdarzonego niewytłumaczalnym wpływem na innych, potwierdzać ma nieweryfikowalna już dziś, a zapisana w Moich współczesnych opowieść, jak to w Berlinie pisarz uratował od śmierci sąsiadkę, którą mąż chciał „ubić” za narzekania na jego pijaństwo. Gdy przerażona kobieta wpadła do mieszkania Polaka i „wpełzła ostatkiem sił pod łóżko”, ten posadził niedoszłego oprawcę – potężnej budowy dźwigacza kamieni – na stołku, zaczął delikatnie do niego przemawiać i głaskać go, aż mężczyzna rozpłakał się i przyjął swą żonę łaskawie.

Przybyszewski spisując i koloryzując wspomnienia, konsekwentnie budował mit artysty. Wpasowywał się w niego, korzystając z implikatur jako zabiegów perswazyjnych. Przekonywał na przykład, że prawdziwy twórca, będąc jednostką wrażliwą i wstydliwą, nie potrafi iść przebojem przez życie, trudno mu związać koniec z końcem, „wyniszcza trzy czwarte swoich sił na sprawy życiowe” (MW 314). Sens sugerowany jest oczywisty: skoro i ja żyłem w nędzy, jestem prawdziwym artystą. Inne exemplum swojej twórczej wielkości oparł pisarz na dostrzeżonej przez Cesare Lombroso bliskości między obłędem i geniuszem. Idąc za myślą włoskiego antropologa i psychiatry, który w słynnym studium ogłoszonym w 1864 roku (wyd. pol. 1887) dokonał analizy związków między wyjątkowymi zdolnościami twórczymi a dewiacjami osobowości ludzi wyjątkowo utalentowanych i utożsamił genialność z nadwrażliwością, Przybyszewski pisze, iż każdy człowiek przewyższający innych uchodzi za chorego i „jest obłąkanym dla nie rozumiejącego go tłumu” (MW 311). Ponieważ zaś zarzut chorobliwości w odniesieniu do kompozycji i tematyki utworów Przybyszewskiego pojawiał się w Polsce wielokrotnie13, pisarz uczynił z niego świadectwo swego geniuszu. Wsparł je zyskaną w Niemczech sławą „genialnego Polaka”: „[…] pogodzono się z tym, że Mombert jest wielkim talentem, a ja – obdarzony iskierką geniuszu” (MW 138) – pisze.

Autor chętnie przytacza skierowane pod swoim adresem wyrazy uznania i komplementy, wśród nich zaś obrosłe anegdotą przywitanie w dniu przyjazdu do Krakowa:

Na samym wstępie zastanowił mnie jeden człowiek – przystojny, starannie ubrany – przystanął nagle przede mną i powiedział jednym tchem:

– Byłbym szczęśliwy, gdybym był cielakiem, z którego skóry pańskie buty wyprawione. (MW 300)

Notując pełne hołdu słowa Zdzisława Gabryelskiego, właściciela składu fortepianów, liczył z pewnością Przybyszewski na to, że obiegną Polskę lotem plotki. Tak się stało. Dziś to jedna z ulubionych, barwnych młodopolskich dykteryjek, zwłaszcza że początkowe uwielbienie dla „mistrza” przybierało i inne formy:

[…] zaledwie włożyłem papierosa do ust, już znalazło się jakby na wyścigi kilka zapałek, nie zdążyłem jeszcze zawołać na kelnera, a już zjawiał się z całą tacą wódek i przekąsek – zapytałem, gdzie mogę mój czek zrealizować, a w tej chwili wypłacono mi zawartość tego czeku i to w samych pięcioguldenówkach, aby suma pokaźniej wyglądała. (MW 301)

Na tym tle trudno brać poważnie zapewnienia w rodzaju: „[…] od dziecka choruję na manię małości – mikromanię” (MW 20). W całym tomie pobrzmiewa ton nieszczerej skromności. Przybyszewski twierdzi, że zawstydza go nawet widok własnego nazwiska w druku! Przekonuje:

Jakiś afisz mego dramatu lub odczytu fizyczny wprost ból mi sprawia, a gdy się znajdę na estradzie, kolą mnie te setki oczu, zwróconych na mnie, gdyby ostre, przykre szpilki. […] Moje prymicje na „kapłana literatury” były jedną udręką. Omijałem ulice z księgarniami, w których mogłoby być moje dzieło wystawione na pokaz publiczny, lękałem się wziąć gazet do ręki, by się tam nie spotkać z moim nazwiskiem” – przekonuje (MW 84).

Niby dziwi się powszechnemu zainteresowaniu swoją osobą, ale podpowiada czytelnikowi, że zainteresowanie to nazywać należy tak mocnymi określeniami jak kult i idolatria (czyli bałwochwalstwo, otaczanie czcią człowieka-idola), „w której zapominano, że obok mnie całkiem inne talenty i twórcze jednostki istnieją” (MW 302). Potwierdza, że był w Krakowie modą, a nawet – pisze – „stałem się Janem Chrzcicielem i torowałem drogi dla tych wszystkich prądów, które już dawno w społeczeństwie nurtowały, ale nie miały dość siły, by móc się w starciu z starymi kanonami ostać, zniszczyć stare tablice i płomiennymi, zwycięskimi głoskami na nowych się wpisać” (MW 319).

Chcąc dzierżyć palmę pierwszeństwa, musiał Przybyszewski poświadczyć swą oryginalność literacką. W tym celu w całych Moich współczesnych gwałtownie bronił się przed przypisaniem mu jakichkolwiek wpływów – niesprawiedliwie dyskredytował oddziaływanie na swe poglądy filozofii Friedricha Nietzschego i myśli Ottona Weiningera, twórczości Oli Hanssona, Fiodora Dostojewskiego, a także poety Richarda Dehmla, który w czasach berlińskich spędził wiele godzin nad cyzelowaniem utworów Przybyszewskiego pisanych po niemiecku. Tych deklaracji nie można zatem traktować nazbyt poważnie, zaprzeczają im bowiem listy pisarza oraz analizy jego utworów. Nawet jeśli Przybyszewski nie uległ bezkrytycznej fascynacji i oficjalnie z wymienionymi autorami się nie identyfikował, to czytał ich dzieła dość gruntownie i bardzo je przeżywał.

Największy atak skierował jednak na Augusta Strindberga. Podkreślał dystans dzielący go od twórczości autora Panny Julii, choć – mimo że jak najdalszy od świadomego i celowego naśladownictwa – jak cała Młoda Polska pozostawał pod wpływem jego koncepcji dramatycznych i teatralnych, o czym nie chciał pamiętać. Po plotkarsku przekazywał wieści, że Strindberg wpadł w ręce lichwiarzy, w wyniku czego za bezcen zlicytowano mu bibliotekę, pozostawiając jedynie listy. Nazywa go geniuszem nienawiści, wskazuje na dręczącą go manię prześladowczą jako źródło nieporozumień z ludźmi. „Gdziekolwiek Strindberg się pojawił, rozpoczynały się niesnaski, a gniew i gorycz, dawno zapomniane urazy się odnawiały, a zabliźnione rany na nowo jęły krwią broczyć” – twierdzi (MW 157). Niechęć do szwedzkiego autora miała naturalnie podstawy osobiste. Twórcy przyjaźnili się przez kilka miesięcy, kiedy obaj przebywali w Berlinie (od jesieni 1892 do wiosny 1893 roku), ale pozytywne stosunki zepsuła rywalizacja o Dagny Juel. Strindberg nie mógł wybaczyć Przybyszewskiemu zwycięstwa o rękę pięknej Norweżki. Szkalował go gdzie się dało, a w swej powieści Inferno opisał krytycznie pod postacią czarnego maga Popoffsky’ego. Obszerne fragmenty Moich współczesnych są odpowiedzią na nieprzychylność Szweda, przy czym ich autor wprowadza czytelników w błąd stwierdzając, że nie zna powodów jego antypatii:

(…) kiedy zapłonął do mnie – Bóg wie, z jakich powodów – zaciekłą nienawiścią, jął rozpisywać się do moich znajomych, że jestem Żydem, a ojciec mój kierownikiem żydowskiego kahału!! (MW 153)

Wygodniej było Przybyszewskiemu skłamać niż odświeżać falę plotek na temat skandalizującego romansu. Skłamał też w innym aspekcie tej sprawy:

Dopiero po wyjeździe Strindberga z Berlina wraz z jego małżonką, panną Uhl, miałem poznać dziwnym wypadkiem moją pierwszą żonę: Dagny Juel. (MW 161)

Innym ważnym kłamstwem, z którego Przybyszewski chciał uczynić chętnie powtarzany –choćby tylko w charakterze plotki – fakt, jest jego spotkanie z Nietzschem w 1892 roku w Weimarze, gdzie rzekomo pojechał, by ratować z opresji finansowych Strindberga. W Moich współczesnych wymyśla, jak to ujrzał filozofa – już obłąkanego – siedzącego na wózku na werandzie willi.

Straszny to był widok:

Jakby się jakaś potężna, a święta katedra gotycka była zawaliła – przeolbrzymia ruina i dreszczem ogromu przeszywające gruzy!

[…]

Nietzsche chory – Nietzsche obłąkany?!

[…]

Stałem jak zagwożdżony w ziemię, sięgnąłem po kapelusz, a przecież go już dawno trzymałem w ręku, a równocześnie uczułem wstyd, jakbym obnażał jakąś wielką świętość (…). (MW 160)

Informacja o spotkaniu z wielkim filozofem była Przybyszewskiemu potrzebna dla zyskania splendoru wynikającego z obcowania ze wszystkimi wielkimi swoich czasów. Jak każdy, pragnął być kojarzony z tymi, którzy odnieśli sukces, są popularni i powszechnie podziwiani. Stykając się z nimi, mógł pławić się dodatkowo w odbitym blasku.

O kompetencjach Przybyszewskiego w świecie szeroko pojętej sztuki świadczyć miał jego zachwyt dla dzieł artystów, których docenić miała dopiero przyszłość. Wśród nich najważniejszy jest autor słynnego Krzyku. „Poonczas trzeba było dużo odwagi, by odważyć się Muncha brać na serio. Gdy się ukazało moje studium o Munchu, była cała konfraternia literacka przekonana, żem dostał pomieszania zmysłów” – pisze nieco chełpliwie (MW 185). Lista artystów wylansowanych przez Przybyszewskiego jest dłuższa. Znaleźli się na niej El Greco, o którym „nikomu się nie śniło”, a już Przybyszewski „jął jego wielkość z zażartą namiętnością głosić w Krakowie”, Goya, dla którego polski pisarz jako dla jasnowidza „nie znał dość słów uwielbienia”, Vigeland, określony mianem „potężnego rewelatora” (MW 225).

Broniąc się przed wpływem innych, podkreślał pisarz swoje na nich oddziaływanie. Choć miał wielu naśladowców i epigonów, nie chcąc wywoływać burzy, nie mówił o literaturze, ale o magicznej, utrwalonej do dziś w legendzie sile swej gry na fortepianie. Pełna rozmachu, nieokiełznana, zainspirowała – jak twierdzi Przybyszewski – sześciu twórców niemieckich do napisania nowych dzieł. W ten oto sposób polski pisarz „szopenizował” język niemiecki.

Ważnym aspektem plotki jest dementi. Przybyszewski w swych wspomnieniach skorzystał z niego kilkakrotnie dla unieszkodliwienia niepochlebnych treści. Sprostowanie dotyczy np. udziału w orgiach, o jaki często go posądzano już to z uwagi na jego burzliwe życie uczuciowe, już to z powodu jego zainteresowań demonologicznych. Pisarz stwierdza krótko:

[…] ja o tych orgiach nic a nic nie wiem, a jeżeli kiedyśkolwiek coś przeżyłem, co by na upartego orgią nazwać można, to co najwyżej jakąś sutą kolację, jaką fundował rzadko mecenas sztuki. (MW 313)

Uśmiechną się ironicznie ci, którzy znają sformułowaną przez dyplomatów zasadę weryfikacji niepewnych informacji: „Dopóki nie będzie dementi – nie uwierzę”.

Zaprzeczając plotkom, Przybyszewski sprytnie odciął się od znienawidzonych przez modernizm filistrów. Stwierdził mianowicie, że podobne legendy o niesłychanych, wyuzdanych orgiach powstają w wyobraźni ludzi, „którzy mają pieniądze, pięknie urządzony dom, stałe dochody, uporządkowane społeczne stosunki, którzy kładąc się do łóżka, nie potrzebują o tym myśleć, czym jutrzejszy dzień opędzą, a budząc się rano, nie wyczekują z rozpaczliwą trwogą, co im listonosz przyniesie: trochę nędznego grosza honorarium czy też rozkaz sądowy eksmisji za niezapłacone komorne” (MW 313). Dla autora Śniegu nawet w dwudziestoleciu międzywojennym aktualna była więc opozycja mieszczuch-artysta, co świadczy o tym, jak dalece nawet pod koniec życia pozostawał pisarz w realiach poprzedniej epoki.

Tłumaczył się też Przybyszewski z nadużywania alkoholu, które stało się przedmiotem niewybrednych żartów i dostarczyło pożywki wielu pismom satyrycznym (rozwijaną przez pisarza teorię Absolutu trywializowano, kojarząc ją z nazwą wódki). W używce widział pisarz lekarstwo na „psychicznego raka”, środek na ukojenie bólu istnienia, jakiego doświadcza jednostka wyjątkowa, nadwrażliwa. „Przyszło się z »chorą« duszą na świat, szuka się ukojenia, a to już obojętne, jakim środkiem człowiek przed cierpieniem uciec pragnie” – wyjaśniał (MW 310). Szukał wymówek dla nałogu czy wierzył w metafizyczną niemal moc alkoholu? Nigdy się tego nie dowiemy.

Dla wytłumaczenia niemoralnego, skandalizującego niekiedy stylu życia odwołał się Przybyszewski w autorehabilitujących pamiętnikach do idei metafizycznego determinizmu oraz koncepcji twórcy-medium, zgodnie z którą artystą kieruje przeznaczenie. Przybyszewski nie pisał, lecz musiał pisać, nie pił, lecz musiał pić itd. Starał się zresztą pisarz całej swej egzystencji nadać sens symboliczny, wpisany w analizowaną przez Słowackiego wędrówkę ducha14. Tworzył swoistą historiozofię, widząc siebie jako Winkelrieda, odkupiciela, który przyjął pierwsze, najboleśniejsze ataki wymierzone w środowisko Młodej Polski.

W chętnie powtarzanej przez samego siebie metaforze meteoru przekonywał, że jego rola jeszcze nie skończona:

Być meteorem, to istotna moja tęsknota: zniszczyć na swej drodze kilka światów, roztopić je w sobie, wzbogacić się nimi i po miliardach lat znowu powrócić, stokroć razy gorętszym blaskiem rozpłonąć, wieścić nowe przemiany i wywody i znowu zniknąć – to, co w moich najkosztowniejszych snach przeżywam…

Niech zgasnę – czym prędzej zgasnę, bym mógł tylko w wzmożonej potędze powrócić…

A wrócę – wrócę! (MW 266)

Aby potwierdzić swą rolę w rozwoju literatury polskiej, we wspomnieniach akcentował Przybyszewski – przez wielu oskarżany po powrocie do kraju o obcość i szerzenie nienaturalnych dla Polski prądów – fakty świadczące o polskości. Przekonywał, że ukształtowała go ziemia kujawska z nadgoplańskim pejzażem i rodzimymi nabożeństwami. Minimalizował swój udział w kulturze młodych Niemiec i ewentualne wpływy, jakim mógłby za granicą podlegać. Twierdził, że zachodnim sąsiadom nic nie zawdzięcza, choć jeszcze w końcu lat 90. XIX wieku zaznaczał w listach:

Z wielką jednak wdzięcznością, z radością będę pamiętał zawsze o tym, jak nieskończenie wiele zawdzięczam duchowi germańskiemu i kulturze germańskiej15.

Zmieniał tło powstania utworów w języku niemieckim – twierdził np., że poemat Nad morzem stworzył zafascynowany Bałtykiem, które zobaczył jako szesnastolatek, wysiadłszy na jakiejś małej stacyjce i podążając za wzywającą go melodią fal. Nie darmo mówi się jednak, że aby kłamać, trzeba mieć dobrą pamięć. W drugim tomie pamiętników Przybyszewski, pogubiwszy szczegóły wymyślonej historyjki, opowiada, jak to pierwszy raz zobaczył morze w wieku osiemnastu czy dziewiętnastu lat, zaproszony nad Bałtyk przez nauczyciela rysunku Neumanna. W rzeczywistości Stach w czasach gimnazjalnych wcale nad polskim morzem nie był. A cała ta mistyfikacja po to, by udokumentować swe miejsce w twórczości narodowej i uspokoić rodaków oraz drugą żonę, że to nie Morze Północne zobaczone dzięki Dagny w 1894 roku dało impuls do utworu (ukończonego w roku 1898 na krótko przed powrotem do ojczyzny).

Szczytem kreacji narodowościowej byłby – niezrealizowany – napis na pomniku, jakiego pragnął Przybyszewski: „On kochał naród”.

Osobistymi wyznaniami pisarza rządzi pewien paradoks: przyjemność w obnażaniu siebie i strach przed odkryciem własnej osoby. W dążeniu do zyskania znaczenia i poważania – które jest podstawowym popędem ludzkiego zachowania – Przybyszewski umiejętnie manipulował wywieranym wrażeniem, zazwyczaj ujawniając swoje rzeczywiste cechy, nieco tylko podkoloryzowane rozmyślnym rozłożeniem akcentów, przemilczeniem, językową przesadą (np. gdy określał siebie Janem Chrzcicielem) czy drobnym fałszem. Żonglował przy tym dwoma rodzajami taktyk autoprezentacyjnych: atrybucyjnymi (zmierzającymi do zakomunikowania, że posiada pewne cechy) i repudiacyjnymi (przekonującymi, że nie jest człowiekiem danego typu). Interesujące, że w owej kreacji bliżej mu było do „twarzy pozytywnej”, by przywołać tu niezwykle przydatne rozróżnienie Ervinga Goffmana. Własny image buduje Przybyszewski w oparciu o system wartości uznawanych przez innych, chce być doceniany i akceptowany, nie walczy natomiast o prawo do własnej przestrzeni życiowej i swobody poczynań („twarz negatywna”), jak przystałoby na cygana.

Kreowaniu wizerunku służy mu często plotka, stare jak świat narzędzie manipulacji. Jej motywem jest niepewność, lęk przed negatywną opinią o sobie. A ponieważ plotka to proces tworzenia, blisko jej do legendy i mitu. „Literatura i plotkowanie tworzą coś w rodzaju awersu i rewersu, pozytywu i negatywu dwu stron opowiadania o ludziach”16. Dochodzimy tu do problemu relacji między fikcją a fałszem/kłamstwem. Pierwsze odnosi się do świata nierzeczywistego, zatem nie ma na celu oszukania nikogo, podczas gdy drugie jest rzeczywistym działaniem (mogącym naturalnie korzystać z mechanizmów fikcji). Wydaje się to oczywiste, ale w przypadku Przybyszewskiego sprawa się nieco komplikuje. Dlaczego? Bo pisarz nie rozdzielał ról człowieka i twórcy, przeciwnie – identyfikował jedno z drugim, co zresztą na tle konwencji epoki nie było czymś wyjątkowym. Każde jego działanie stanowiło ekspresję duszy, a to sprawiało, że twórczość bywała odbiciem życia, inspiracją dla życia była zaś sztuka. Zdawał sobie z tego sprawę sam pisarz, przestrzegając – o ironio! – przed nadmiernym zaufaniem do pamiętników twórców:

„Wspomnienia” artystów trzeba w ogóle brać z wielką ostrożnością do ręki […] dla artysty nie istnieje życie w prostym słowa znaczeniu, boć on życie twórczo przeżywa, a nawet najbiedniejsze życie przetwarza na utwór sztuki. (MW 342)

Wilde – w tej samej epoce – poszedł jeszcze dalej i zbudował sugestywny obraz kłamcy jako narratora: nie naśladuje on życia, lecz formuje je wedle własnego uznania, bo przecież to nie sztuka naśladuje życie, ale życie sztukę.

Dodatkowo literatura dokumentu osobistego, jak Moi współcześni, zawsze jest autokreacją, tym poważniejszą, im autorowi bliżej do postawy wyznania i im z większego dystansu patrzy na swe życie. Wspomnienia to bowiem zlepek przeżyć z przeszłości, który na skutek selektywnego działania pamięci i zniekształcającego fakty upływu lat ulega nieustannym przekształceniom, tak że czasem samemu autorowi trudno odróżnić prawdę od zmyślenia. Poza tym przywoływanie przeszłości i rozpamiętywanie minionego czasu dokonuje się w perspektywie teraźniejszości. Skoro autobiografia nie jest wyłącznie powracaniem do dawnych przeżyć, lecz ponownym uczestniczeniem w procesie kształtowania własnego życia, to jej niezbędnymi elementami są retrospekcja, interpretacja i wymyślanie. Przybyszewski czyni z tworzonej opowieści prywatny i intymny użytek. Porządkuje i selekcjonuje wydarzenia, co daje mu możliwość tworzenia nowych historii. W ostatniej książce łączy retrospekcję z aktywnością pisarską, nadając odmienny wymiar swojej egzystencji.

Mistyfikacje tak zrosły się z osobą Przybyszewskiego, że niemożliwe jest już oddzielenie ich od prawdy. Sprzeczne świadectwa, emocje, jakie wciąż budzi pisarz, a przede wszystkim osnuta wokół niego legenda, nie pozwalają na obiektywną rekonstrukcję jego biografii. Życie autora Złotego runa potwierdziło, że „ze wszystkich woni najlotniejszą, ze wszystkich dźwięków najdonioślejszym, ze wszystkich świateł najdalej promieniującym – jest plotka”17.

 

 

Artykuł opublikowany w: „Mêlée. Kwartalnik filozoficzno-kulturalny” 2008, nr 4, s. 77–87.

 

Przypisy:

 

1 Gosławiec [A. Sygietyński], Porachunki. Mundus vult decipi. – Metamuzyka – List Słowackiego, „Gazeta Polska” 1899 nr 175. Cyt za: J. Dynak, Przybyszewski. Dzieje legendy i autolegendy, Wrocław 1994, s. 45.

2 S. Sierosławski, Przybyszewski w życiu Krakowa. Z moich wspomnień, „Świat” 1927, nr 49, s. 4.

3 Por. A. Z. Makowiecki, Trzy legendy literackie, Warszawa 1980, s. 80–83.

4 J. Starzyński, Dunikowski o Młodej Polsce, „Sztuka i Krytyka” 1958, z. 3–4. Cyt za: A.Z. Makowiecki, dz. cyt., s. 49.

5 L. Krzywicki, Stanisław Przybyszewski, [w:] Wspomnienia, t. 2, Warszawa 1958, s. 441, 445.

6 J. Dynak, dz. cyt., s. 29.

7 A. Sawicka, Dagny Juel Przybyszewska. Fakty i legendy, Gdańsk 2006, s. 55.

8 Powstała siedem lat później polska wersja utworu nosi tytuł Requiem aeternam.

9 S. Przybyszewski, Listy, t 1: 1879–1906, oprac. S. Helsztyński, Warszawa 1937, s. 117. Autor miał świadomość, że list ten może zostać opublikowany w polskiej prasie.

10 Posługuję się terminami wyróżnionymi przez Małgorzatę Czermińską, badaczkę literatury dokumentu osobistego (M. Czermińska, Autobiograficzny trójkąt: świadectwo, wyznanie i wyzwanie, Kraków 2000).

11 N. Frye, Anatomy of Criticism. Four essays, Princeton 1973.

12 S. Przybyszewski, Moi współcześni, Warszawa 1959, s. 21. Dalej skrótowa lokalizacja za tym wydaniem: MW.

13 Na przykład w opublikowanym przez „Głos” felietonie pod ironicznym tytułem „Wyznanie wiary modernisty” krakowianie czytali:

„Zamiast logicznie szeregowanych myśli, mamy tu szereg chorobliwie wybujałych wizji, obracających się prawie wyłącznie około stosunku płciowego mężczyzny do kobiety. Jest to nowy zresztą na polu literatury naszej rodzaj, który nazwałbym: literackim delirium” (J. N. Szuman, Wyznanie wiary modernisty, „Głos” 1900, nr 35).

14 Zob. J. Dynak, dz. cyt.

15 S. Przybyszewski, Listy, t. 1, dz. cyt., s. 174.

16 Ewa Graczyk, Stara plotkara, [w:] Plotka. Wybór materiałów z VI Konferencji Pracowników Naukowych i Studentów Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej UŚ, Katowice 1994, s. 43.

17 A. Świętochowski, Klub szachistów, [w:]: Pisma wybrane, Warszawa 1908, t. 1, s. 91.

 

 

© Autor: Katarzyna Badowska