Fragmenty wspomnień Stanisława Zenona Zakrzewskiego związane ze Stachem Przybyszewskim

 

Fragmenty wspomnień Stanisława Zenona Zakrzewskiego (1890-1976), związane ze Stachem Przybyszewskim.
Wyboru fragmentów z autobiografii dokonał syn Pana Stanisława - Ludwik Juliusz Zakrzewski. Całość wspomnień ukazała się w formie książkowej pt. "Na wozie i pod wozem". Można ją kupić w księgarni internetowej Prus24 pod adresem:
http://prus24.pl/opis,2,9788373390812,na_wozie_i_pod_wozem.htm


Monachium (1917-18):

„Wierzbicki wprowadza mnie w monachijski świat. Przede wszystkim do domu Przybyszewskich. Składam wizytę pani Jadwidze i Stachowi. Oboje są czarujący. Nie umiem powiedzieć co działa na ich korzyść, mają oboje coś fascynującego w sobie. Proszą na czwartek, będzie u nich parę osób z Polonii. Radzi będą i mnie w tym gronie zobaczyć i przyjąć. W czwartak idę do Przybyszewskich. W teatrze mam w tym dniu przerwę, wychodne. Mam czas dla siebie. Rok 1917 dał się odczuwać obcym, nie mającym źródeł zakupu żywności, zmuszonym do kontentowania się kartkami i przydziałem reglamentowanym. Wiem o tym. To też przychodzę – jak na Słowianina przystało – z podarkiem w ręku. Nie jest to rzecz wykwintna, ale ważna w gospodarstwie – słonina. Mam też i dla pana domu coś do picia. Wkupiłem się od razu do łask obojga. Stare przysłowie francuskie i niemieckie twierdzi to samo: małe podarki są zadatkiem wielkich przyjaźni. Tak też się stało. Przyjaźń moja z Przybyszewskimi miała parę cykli, dat, miejsc spotkania i różne oblicza. Zaczęli schodzić się goście. Hulewiczowie z Kościanek: Jerzy – wydawca i pisarz, żona jest siostrą mego kolegi Zygmunta Karpińskiego. Przyjechała do Monachium, uczyć się sztuki introligatorstwa. Sztuka ta jest dobrze reprezentowana tutaj przez zdolnych rzemieślników od galanterii oprawy książek. Hulewiczowie mają majątek ziemski, Kościanki. Bywa u nich cyganeria poznańska szczególnie ekspresjoniści, z którymi obaj bracia Jerzy i Witold są związani. Nadszedł artysta malarz, mieszkający stale w Monachium, Stanisław Korzeniewski, z którym spotkam się nie raz i w różnych okolicznościach. Przyszedł August Zamoyski z żoną Ritą występującą jako tancerka pod swym rodowym nazwiskiem Sacchetto, przyszedł artysta malarz Pełczyński, stale mieszkający w Monachium od lat. Pełczyński jest dowodem, że można ojczysty język zagubić, a obcego nie poznać. Mówi wolapikiem dziwnym niemiecko-polskim. Gdy mu brak słowa polskiego używa niemieckiego i na odwrót. Ma miłą żonę, pracującą na artystę, bo madame ma pracownię mody, ma też dwie utalentowane córy: Olgę i Wandę. Obie urodziwe, każda w innym typie, jedna tańczy druga śpiewa. Można patrzeć na nie i słuchać ich. Są też państwo Huttry, oboje w przejeździe przez Monachium. Madame jedzie do Italii, gdzie w Viareggio prowadzi własny pensionat, Aleksander związany jest z wydawcą Kościelskim. Jest autorem książki o Galicji. Jest też dr Montowski, młody lekarz z Bydgoszczy odbywa służbę wojskową. Nastrój miły, rodzinny, ciepły. Stach jako gospodarz troszczy się o każdego gościa. Pani Jadwiga jako gospodyni ma niełatwe zadanie taką rzeszę gości czymś przyjąć i obsłużyć. Deklaruję swą pomoc. Będę podawał do stołu. Jest herbata, ciasto. Okazało się, że nie byłem jedynym gościem, który zatroszczył się o zaprowiantowanie Przybyszewskich. Hulewiczowie przywieźli różne smakołyki z majątku. Montowski też otrzymał paczkę z domu i przyniósł wałówkę na przyjęcie. Jednak tylko ja pomyślałem o tym, że nie samym chlebem żyje człowiek, lecz musi też od czasu do czasu coś wypić. Miły nastrój dawał okazję do popisu. Zamoyski zaprodukował się jako tancerz, wyręczył żonę która nie chciała lub może nie mogła tańczyć. August dał popis trepaka jakiego nie powstydził by się nawet Niżyński. Tańczyła z wielką gracją Olga Pełczyńska. Zaśpiewała Wanda. Wieczór był wypełniony, pozostał w miłej pamięci.”

„Odwiedzam Przybyszewskich. Lubię obserwować ich oboje. Stach jest wzruszający gdy czeka na powrót Jadwigi. Chodzi po pokoju jak lew w klatce. Gdy ona wróci – wita ją jak po dalekiej podróży. Tyle w nim czułości jak u czułego kochanka. W ogóle rzeczywistość odbiega daleko od obrazu, jaki sobie wyimaginowałem, znając Stacha tylko z opisów i opowiadań. Szatan, naga dusza. Nic z tych rzeczy w nim nie znajduję. Ani alkoholik, ani narkoman, ani zwyrodnialec. A przy tym ma dziwny czar, posiada sztukę zjednywania ludzi, robiąc to bez wyrachowania, bezinteresownie. Cóż mogło mu na mnie zależeć? Możliwości moje były ograniczone, nie dysponowałem ani stosunkami ani majątkiem. Od czasu do czasu przyniosłem jakiś ochłap tłuszczu czy mięsiwa, wstydząc się nieraz go wręczyć Jadwidze. Czasami przyniosłem butelczynę, którą razem wytrąbiliśmy. A Stacha uwielbiam, podziwiam, poznaję za każdym razem nową jego zaletę. Nie znam się na muzyce na tyle, abym mógł ocenić jego talent. Gdy słucham jego gry na fortepianie, tych wariacji i improwizacji na temat Chopina – jestem jak w transie. Dla mnie jest on Paderewskim. Ulegam czarowi tej muzyki. Fortepian chodzi wtedy po pokoju. To dziwne. Mówiono, że Paderewski, człowiek o słabej kondycji fizycznej – potrafił tak grac, że instrument skakał w takt muzyki. Moje skromne dary zostały wysoko ocenione, bo właśnie brakło wszystkiego w domu. Kartki były skąpe. Hulewiczowie od czasu do czasu przysyłali paczki, ale w Polsce też się nie przelewało już wtedy. Połowa roku 1917. Głód groził.

Zaglądam często do biblioteki państwowej, świetnie wyposażonej w dzieła unikalne. Siedzę zagłębiony w lekturę. Pasjonowała mnie wtedy historia herezji. Trafiłem na dzieło Kardynała Hergenröthera o tej tematyce. Czuję, ze ktoś przez ramię zagląda do mojej lektury. Odwracam się, widzę Stach:
– Pokaż, co czytasz?
Pokazuję, daje mu do ręki, a właściwie robię mu miejsce, aby usiadł koło mnie. Przybyszewski siadł, księgę o dziełach herezji zabrał i sam się w niej zagłębił. Zostawiłem go zaczytanego. Nie zauważył mego odejścia. W ten sposób narodziła się koncepcja książki „Il Regno Doloroso”, której ustępy cytowane według kardynała w języku łacińskim, nie nadawały się do przekładu na język polski. Sam autor był zresztą też na indeksie razem ze swoją historią herezji. Watykan potępił to dzieło.

Nie przelewało się wtedy u Przybyszewskich. Czułem nie raz, że brak im drobnych na codzienne wydatki. Wojna odcięła autora od wydawców. Nie sprzyjała twórczości na którą nie było zapotrzebowania: Inter arma silent Musae… Przykro było odczuwać, że artysta wielkiej miary, pisarz który inspirował tylu twórców nawet geniuszy, pobudził do życia śpiący gród krakowski, przeżywał własną sławę w niedostatku. Nigdy jednak Przybyszewski nie skorzystał z mojej aluzyjnej, delikatnej propozycji pomocy finansowej. Był dziwnie uczulony na tym polu. Mogłem moje próby ograniczyć do podarków konsumpcyjnych. Pomocy w innej postaci nie akceptował. Dlatego z takim zdziwieniem czytam opinię o nim, jako o mistrzu pompowania zaliczek od wydawców. Śmieszne to były zaliczki. A i wydawcy byli skromni. Wyjątek stanowił Kościelski, jako mecenas raczej niż wydawca. Zachowałem dla obojga Przybyszewskich wspomnienia jak najlepsze, a odejście ich ze świata odczułem jak stratę bliskich przyjaciół.”


Gdańsk (1924-25):

„W Gdańsku są Przybyszewscy. Stach dostał posadę na kolei, w Dyrekcji Kolejowej. Zagląda do mnie od czasu do czasu. Mam dziwny sentyment dla nich obojga. Polubiłem ich w Monachium. Stach był dla mnie zawsze wzorem dżentelmena w stosunkach z Jadwigą. On ją naprawdę kochał. Nie mógł znieść jej nieobecności w domu. Chodził wtedy jak zwierz w klatce po pokoju. Przybyszewscy mieszkają w Sopocie. Mają – jak zawsze – piękne mieszkanie na górze z widokiem na morze, z wykuszem, z loggią, z fortepianem. Bywa u nich sporo ciekawych ludzi z Polski i ze świata. Nieszczęściem dla Jadwigi jest sopockie Kasyno. Bywa tam zbyt często w towarzystwie Zosi Kaźmierskiej. Efekt gry – znany. Mimo to Stach nawet nie skarży się nikomu na Ichutka.

Przybyszewski był dziś u mnie. Mówi, że się wybierał od paru dni, lecz nie mógł się zdecydować na wyjście z biura podczas godzin pracy. Dlaczego? Czy mu szef zabraniał? Wyjaśnia:
– Pytam mego szefa czy mogę pójść na miasto. Odpowiada mi: „moje dla mnie”. Nie wiem co to znaczy, myślę że ma obiekcje, więc siedzę i myślę co to znaczy: „moje dla mnie”? Aż wreszcie wpadam na genialną myśl, mam rozwiązanie. Ten gbur pomorski, mój szef, mówiąc: „moje dla mnie” ma na myśli niemieckie: Meinetwegen... A Meinetwegen znaczy: jeżeli o mnie chodzi, to może pan iść na zbity łeb...! Więc wyszedłem wreszcie no i jestem u ciebie… Stach wyciąga z kieszeni manierkę, płaską, aluminiową. Pusta! Biorą ją od niego. Napełniam, oddaję właścicielowi.
– Mam do ciebie prośbę. – mówi.
– Zawsze do usług, – odpowiadam. – mów o co chodzi.
– Chciałbym abyś odwiedził moją córkę Panieńską, oddał jej tę paczuszkę i powiedział żeby do mnie przyszła do biura na kolei. Niech się umówi ze mną telefonicznie.
Zgoda. Załatwię. Doręczę prezent od ojca. Powiem jak ma postąpić, aby nie budzić zazdrości pani Jadwigi, która nie znosi potomstwa Stacha, ani ślubnego, ani innego.

W myśl polecenia Stacha idę do Panieńskiej. Jest żoną nauczyciela tutejszego gimnazjum. Zastaję ją w domu samą. Leży otoczona książkami na temat Rewolucji Francuskiej, po polsku i po francusku. Przyniosłem jej od ojca francuskie perfumy, które uwielbia (tak jak rewolucję!). Podarowałem od siebie paczkę kawy (jest kawomanką) i mówię, żeby starała się zobaczyć z ojcem na terenie Dyrekcji Kolejowej. Panieńska robi na mnie wrażenie niesamowite. Nie odpowiada na pytania, nie prowadzi rozmowy. Ja wygłaszam monolog i nie mogę namówić jej na dialog. Wychodzę bez przekonania, że mnie zrozumiała i postara się o kontakt z ojcem.

Jesteśmy z wizytą u Przybyszewskich. Jak zawsze tak i dziś jest atrakcja. Odwiedził ich znany w Warszawie i dalej, dr Radwan-Pragłowski, jasnowidz, hipnotyzer, iluzjonista, odgadywacz myśli itd. Jest w towarzystwie damy o wybitnej urodzie, jak przystało na magika. Każdy z nich występuje nie sam lecz zawsze w towarzystwie osoby która rozprasza uwagę skoncentrowaną na magiku. Radwan zaprasza tym razem do pomocy i moją żonę. Ta godzi się skwapliwie na współpracę z magiem. Będzie mu pomagała rozwiązywać zagadki. I robi to doskonale. Naprowadza go na ukryte przed nim przedmioty, pomaga odczytywać napisy, odgadywać zawartość portfelu itd. Nie ulega kwestii, że Radwan-Pragłowski posiada piąty zmysł, jest doskonałym psychologiem. Narzuca swą wolę medium które z nim pracuje. Seans udany pod każdym względem. Stach, amator muzyki, zaprasza do siebie pianistki, Chopinistki. Jedną z nich jest panna Majchrzak, blondyna wspaniałej tuszy. Majchrzakówna uwielbia Stacha, czemu daje wyraz przy każdej okazji i różnej postaci. Te wybuchy uczuć wywołują szał zazdrości u Jadwigi, która nie znosi Majchrzakówny i mogłaby ją utopić w łyżce wody. A Majchrzakówna gra jak młody Mozart, pije wódę jak smok, rzuca się na Stacha jak pantera i obcałowuje go jak może.

Rodzinne stosunki Stanisława Przybyszewskiego, niesłychanie pogmatwane, skomplikowane, mogą budzić niepokój pani Jadwigi. Rozumiem. Szczególnie gdy chodzi o latorośle nieślubne, rozproszone po świecie. Niezrozumiałym jest dla mnie natomiast stosunek do dzieci ślubnych i w dodatku bardzo udanych i nie nastręczających powodów do unikania stosunków z nimi. Dotyczy to w pierwszej linii syna, Zenona Przybyszewskiego, przebywającego na placówce dyplomatycznej szwedzkiej i córki, baronowej Westrup, żony dyplomaty szwedzkiego. Jest jeszcze jeden syn, świetny muzyk, przebywający w Sowietach. Z tym synem utrzymuje Stach podobno stosunki korespondencyjne. Dotarło do mojej wiadomości, że Stach miał bardzo szorstko odpowiedzieć synowi na jeden z jego 1istów. Odpowiedź w tym rodzaju: „Jak będziesz miał talent – to się wybijesz, jeżeli go nie masz, to zdechniesz jak pies pod ławą…”. Trudno mi uwierzyć tej wersji. Nie jest ona w stylu Stacha, który ma w sobie wiele dobroci i łagodności, chyba nawet wrodzonej. A jednak pewnego dnia byłem niezmiernie zdziwiony gdy Stach zapowiedział spotkanie u mnie ze swą córką, baronową Westrup. Nie pamiętam dziś detali, które towarzyszyły spotkaniu, nie znam też przyczyn które kazały córce przyjeżdżać do ojca do Gdańska. Istotnym jest to, że nawet z rodzoną córką ślubną, nie mógł spotkać się we własnym mieszkaniu, lecz musiał korzystać z obcej meliny. Być może, że Szwedka – po wizycie u mnie – była później u Przybyszewskich w Sopocie. Tego nie wiem. Zawsze byłem dyskretny i nie indagowałem nikogo, kto nie chciał lub nie mógł dzielić ze mną własnych spraw. Zdumiewająca była metamorfoza w tym człowieku. Meteor, błyskawica na firmamencie światowej literatury, pisarz o niezwykłej sile ekspresji, hipnotyzer, sugestioner, wybierający wpływ na młode pokolenie, w dodatku – wedle oceny współczesnych centusiów – wpływ wielce szkodliwy, bo obnażający ciało i dusze – stał się pokornym, skromnym robaczkiem świętojańskim na stare lata. I w tej karnacji był czarującym, ujmującym człowiekiem przez duże „C”. Możliwe, że zazdrość pani Jadwigi przybierała takie drastyczne formy, że Stach nie chciał narażać nikogo obcego czy bliskiego na uczestniczenie w tego rodzaju objawach. Mieliśmy zresztą okazję do przeżywania niesamowitej historii, jaka na tle zazdrości, zdarzyła się w domu naszych przyjaciół. U Kuhnów.

Boguś Kuhn, człowiek na odpowiedzialnym stanowisku socjalnym i państwowym – był honoris causa – skarbnikiem Macierzy Szkolnej. Zbieraliśmy wtedy pieniądze na budowę polskiego gimnazjum w Gdańsku. Pewnego dnia przychodzi do Gminy Polskiej anonim. Autor demaskuje Bogusia jako defraudanta, który rujnuje się na kochankę wydając pieniądze Macierzy Szkolnej na ten cel. Sprawa przykra. Znamy Kuhna z najlepszej strony, jako człowieka o nieskazitelnej opinii, ofiarności społecznej, pełnego patriotyzmu typowego dla Lwowiaków. Co robić? Moja rola jest szczególnie przykra. Jestem w tym czasie honorowym Sekretarzem Gminy Polskiej i właśnie do mnie trafił ten anonim. Radzę się Przybyszewskiego jak postąpić. Stach, który zna Bogusia równie dobrze jak ja, mówi:
– Pokaż mu ten list, niech odczyta i niech sam zadecyduje co dalej zrobić.
Tak też postąpiłem. Boguś przeczytał list, oddał mi go i mówi:
– Przykro mi niezmiernie, bo wiem kto jest autorem anonimu. Ale – tym nie mniej – musicie zrobić dochodzenie, musicie sprawdzić Kasę Macierzy, zrobić kontrolę działalności finansowej naszego zespołu, dysponującego kredytami i wydatkami. Nie ma innej rady i ja o to bardzo proszę osobiście.
Zrobiliśmy fachową kontrolę Kasy i działalności komisji finansowej. Nie brakowało ani grosza, nie było nic do zarzucenia, nie było żadnych podejrzeć. No a jak z autorem anonimu? Ekspertyza wykazała, że autorką donosu była żona Bogusia, pani Kuhnowa. Zazdrość powodowała osoba prowadząca, również honorowo, księgowość Macierzy Szkolnej, a więc podlegająca Kuhnowi służbowo. Dama urodziwa i niezależna. Na tym tle powstała zazdrość pani Kuhnowej.”

„Nie tak łatwo oderwać się od rzeczywistości. Znów przychodzi do mnie Stach Przybyszewski. Tym razem przygnębiony i smutny niebywale. Ma kłopoty z bratem, Leonem Przybyszewskim. Znam te sprawy. Pamiętam, że już podczas mojej bytności w Grudziądzu dochodziły mnie słuchy, że Leoś pracuje dla Niemców, pełniąc funkcję naszego Konsula w Kwidzyniu. Leona znów podejrzewają o szpiegostwo na rzecz Rzeszy, wzywają go do Warszawy dla wyjaśnienia sprawy. Leon boi się jechać. Stach go namawia ale chciałby mu dać glejt gwarantujący, że go nie posądzą w pace. Dziwne żądanie, jak temu sprostać i co ja mogę? Mówię Stachowi jaki jest mój pogląd na sprawę Leona. Trudno udzielać gwarancji za kogoś do kogo nie ma się zaufania. A ja Leosiowi nie dowierzam. Stach też nie, ale obowiązek obowiązkiem. Jest starszym bratem, zastępuje ojca, musi go ratować. Leon był u mnie po wizycie Stacha, poradziłem mu aby jechał i to zaraz. Nieobecni nie mają racji. Skoro ma argumenty na swoją korzyść, to musi je przedstawić i nikt tego lepiej od niego nie zrobi. Leon pojechał do Warszawy. Wrócił zdrów i cały. Stach dziękował mi za przysługę, choć nie miałem żadnej w tym zasługi. Ani wiary w Leona!”

„Wyjazd Kuhnertów, jako prawnych lokatorów mieszkania na Holzmarkt 5 powoduje konieczność zmiany lokalu. Przenoszę biura firmy „Bałtyk” (w likwidacji) i Biura Ogłoszeń „Polanonce” do lokali Banku Przemysłowców na Langegasse. Tu też przeniosę i przechowam do czasu wyjazdu z Gdańska nasze własne meble i graty. Wyjeżdżają również Przybyszewscy. Stach jest zaangażowany przez Prezydenta R.P., Stanisława Wojciechowskiego, nominalnie na pracownika Kancelarii Cywilnej. Przybyszewscy zamieszkają na Zamku Królewskim, w Pałacu pod Blachą. Intendent Zamku, Bronisław Kupść urządzi im miłe gniazdko, nawet z fortepianem, na którym Stach będzie improwizował na tematy chopinowskie. Przybyszewscy mają kłopot z gospodynią, bo kontrakt mają do maja przyszłego roku. Decydujemy z żoną: bierzemy mieszkanie po nich dla siebie. Jest piękne, dobrze położone bo na górze, więc nie trzeba biegać od stacji do domu z góry i pod górę, bo jest na poziomie stacji. A odległość: Gdańsk-Sopot coraz mniejsza.

Urządzamy przyjęcie pożegnalne dla Przybyszewskich na Holzmarkt 5. Zapraszamy przyjaciół wspólnych. Zebrało się dwadzieścia parę osób. Nastrój jak na stypie pogrzebowej. Przemawiam. Mówię, że cieszymy się że oni wyjeżdżają, cieszymy się bo wreszcie Stach nie będzie potrzebował wycierać stołków po biurach pocztowych czy kolejowych, lecz zamieszka tam gdzie powinien – na Zamku. Smutna dola pisarza piszącego po polsku. Gdyby Stach pisywał nadal po niemiecku, byłby dziś potentatem finansowym, a tak – jest ubogim krewnym. Wprost nie do wiary, że pisarz tej miary, którego dzieła są tłumaczone na różne języki świata łącznie z japońskim, który figuruje w encyklopediach krajów obcych, łącznie z japońską, bo sam widziałem wzmianki o nim w tej encyklopedii; którego sztuki teatralne, dramaty grają na scenach obcych; widziałem będąc w Monachium sztukę „Śnieg” graną przez tamtejsze Kammerspiele – musi siedzieć na łaskawym chlebie u Prezydenta, jak dawnej maści rezydent u wielmożów. A przecież Przybyszewski to właśnie ten wielmoża, który u siebie mieć powinien rezydentów, braci po piórze mniej sławnych mniej poczytnych niż on sam. Tym przemówieniem bractwo się rozczuliło: dużo wódki wypiło. Nie żałowałem napojów i trunków. Napierała Wojtek czuwał aby nie zabrakło. Dwa razy wychodził po nowy zastrzyk do „Elite” (jego kawiarnia na rogu Holzmarkt!).”


Warszawa (1926-27)

„Licho nie śpi. Idzie nowy atak. Tym razem ze strony nieoczekiwanej, od niektórych dzienników prorządowych. Pretensje o przydział ogłoszeń, o popieranie za lojalność, za miłość dla Marszałka, za zasługi na polu chwały… Atak gwałtowny, niewybredny, oskarżenie, że PAT faworyzuje prasę opozycyjną, przekarmia ją ogłoszeniami z krzywdą dla organów rządu. Skargi nie docierają do premiera, szukają więc drogi do Becka, do Sławka, szukają sprzymierzeńców w walce. Skłamałbym gdybym twierdził, że mnie to wszystko nie ziębi i nie grzeje. Widzę, że wplątałem się w matnię i to dobrowolnie. Porobiłem sobie wrogów, a nie mogę powiedzieć jak Bismarck: „mögen Się mich hassen, sollen mich fürchten…!”. Kogo mieliby się bać, małego Zakrzewskiego? Żarty. Najaktywniej atakuje „Dziennik Wileński”, pismo wychodzące „z wykluczeniem publiczności”. Nikt go nie czyta. Wilno ma świetną prasę, właśnie opozycyjną. „Słowo” wileńskie Cata-Mackiewicza jest często komentowane przez prasę stołeczną. Jest świetnie redagowane, ma doskonałą publicystykę i wyraźne oblicze – monarchistyczne! Dyrektor Dziennika Wileńskiego, Kazimierz Okulicz, przyjeżdża do Warszawy, aby ratować swój organ, rozprawić się z wrogiem. Skarga na PAT idzie przez Związek Legionistów, trafia do Bartla. Zarzut jest natury politycznej: popieranie prasy antyrządowej z krzywdą dla sympatyków rządu. Jak się bronić przed atakiem? Oddział PAT- Wilno daje informacje na temat nakładu tego pisemka. Nakład znikomo mały. Opinia o piśmie – vox populi? Nikt go nie czyta. Nie ma nic do czytania w nim. Opinia dociera do wiadomości czynników, subwencjonujących prasę prorządową. Efekt jest nieoczekiwany dla wydawcy: dalsze wydawanie pisemka pod znakiem zapytania. Akcje PAT-a poszły w górę. Wróg – do Canossy.

Walka wymaga sprzymierzeńców. Na kim mam się oprzeć w razie dalszych ataków? Rozpętałam burzę, obudziłem żywioły. Łatwo kark skręcić w takiej sytuacji. Trzeba szukać oparcia. Ale gdzie? Odwiedzam Przybyszewskich na Zamku Królewskim. Miły wieczór, nie bez atrakcji, bo nawet urozmaicony grą i śpiewem, występem Intendenta Zamku, Bronisława Kupścia. W toku rozmowy z nim okazuje się, że mój kolega z Akademii Eksportowej, dr Zygmunt Skowroński, pełni u prezydenta Ignacego Mościckiego funkcję zastępcy szefa Kancelarii Cywilnej, którym był wtedy dr Bronisław Pełczyński. Dobrze wiedzieć. Wybiorę się z wizytą do Zygmunta Skowrońskiego, z którym rozstałem się w roku 1914, gdy robił doktorat we Wiedniu.”


„W dniu 23 listopada żegnam przyjaciela. Odszedł od nas Stanisław Przybyszewski. Noszę po nim żałobę w sercu.”


Warszawa (1940):

„Dowiaduję się przypadkowo, że mój znajomy, redaktor Leon Przybyszewski, brat Stanisława, pisarza, pracuje z Niemcami. Nie dziwi mnie ta wiadomość, bo już w roku 1925 Stach Przybyszewski prosił mnie o glejt dla Leona, którego wezwano do Warszawy na przesłuchanie. Były podejrzenia, że już wtedy działał na rzecz Niemiec. Leon się wtedy wyłgał. Telefonuję do Leona. Rozmawiam z żoną jego. Janka obiecuje, że powie Leonowi gdy wróci, że dzwoniłem i spowoduje, że Leon do mnie zadzwoni. I rzeczywiście. Po godzinie jest telefon od Leona. Mówię, że chciałbym go zobaczyć, bo mam jedną sprawę do omówienia. Proponuje spotkanie w Alejach, przy Placu na Rozdrożu, następnego dnia o godzinie 12 w południe. Zgoda. Ustalone, umówione.

Spotykam Przybyszewskiego następnego dnia w Alejach. Idzie w moim kierunku. Ćpa czekoladę. Po przywitaniu strzelam:
– Słuchaj, Leoś. Ja na prośbę Stacha nie raz interweniowałem w twojej sprawie w Sztabie. Wiesz o tym. Wiesz jakie stosunki łączyły mnie ze Stachem. Teraz twoja kolej. Musisz mi pomóc. Bartka złapali podczas łapanki i wywieźli do Oświęcimia. Chłopak ma 16 lat, prawie dziecko. Pomóż go stamtąd wydostać.
Leon żre czekoladę (mnie nie częstuje), wreszcie stawia dziwne pytanie:
– Powiedz mi, skąd ty wiesz, że ja pracuję z Gestapo.
Wcale tego nie mówiłem ani sądziłem. Jestem zaskoczony dziwnym pytaniem. Ten jednak nie czeka na odpowiedź, a mówi:
– Możesz bez mojej pomocy i bez trudności wydobyć chłopca z matni. O ile pamiętam – jest on urodzony w Monachium.
– No to co z tego? – pytam.
– Zgłoś go do Hitler-Jugend. Chłopak pojutrze będzie w domu.
– Gdybym miał ten zamiar nie potrzebowałbym pomocy pana konsula. Mówmy realnie. Nie zamierzam nawracać ciebie na wiarę przodków. I ty nie nakłaniaj mnie do miłości dla Führera. Chłopca muszę wydobyć za każdą cenę.
Cena. Dźwięk tego słowa zelektryzował Przybyszewskiego. Zwraca się do mnie z konkretną propozycją:
– Byłem wczoraj na Placu Hitlera, na ul. Ossolińskich. Prowadzi tam Antykwariat twój dawny podkomendny, Józef Głowacki. Widziałem obraz Szernera, który mi się podobał. Głowacki poinformował mnie, że ty dałeś mu Szernera w komis.
– Dostaniesz Szernera. Gdzie go odesłać?
– No, poczekajmy aż Bartek wróci z Oświęcimia.
Nie wiem czy przemawia przez niego przyzwoitość, czy wątpliwość w to, że Bartka uda się wydobyć.
– Muszę już iść. – mówi Leon. – Umowa stoi. Czekaj na wynik.
Rozstałem się z Przybyszewskim. Poszedł prosto na Schucha. Może w sprawie Bartka? Nie bądźmy optymistami.”


Ostatni fragment dotyczy Makarego Bartłomieja Zakrzewskiego ps. „Skała” – jego wspomnienia ukazały się w 2009 roku w wydawnictwie ZP Grupa: http://www.empik.com/skala-wspomnienia-z-lat-1924-1945-ksiazka,prod23940057,p



Stanisław Zenon Zakrzewski (ur. 22 XII 1890 r. w Warszawie, zm. 12 II 1976 r. w Warszawie). Uczestnik strajku szkolnego w 1905 roku. Maturzysta Szkoły Ziemi Mazowieckiej w 1911 roku. Studiuje w Akademii Eksportowej w Wiedniu, działacz Stowarzyszenia Akademickiego „Ognisko”, Komisarz „Drużyn Strzeleckich”. Po denuncjacji Naczelnego Komitetu Narodowego i ucieczce z Wiednia do Monachium, wcielony do armii bawarskiej w 1915 roku. Ranny na froncie w Wogezach (odznaczony Żelaznym Krzyżem), ranny pod Verdun (odznaczony Bawarskim Krzyżem z Koroną i Mieczami). W kwietniu 1918 roku przeniesiony do Dywizji Bawarskiej na froncie wschodnim, pełni stanowisko Komisarza d/s Włościańskich w Kolnie. W Kolnie organizuje Polską Organizację Wojskową, w listopadzie rozbraja Niemców. Też w listopadzie 1918 roku skierowany ze Sztabu Generalnego (SG) w Warszawie do Batalionu Kaszubskiego i Organizacji Wojskowej Pomorza. Za udział w rozbrajaniu Niemców odznaczony Orderem Virtuti Militari. Od 1919 roku adiutant generała Aleksandra Osińskiego w Dowództwie Okręgu Generalnego Łódź oraz w Generalnym Inspektoracie Piechoty w Warszawie. Od 1919 roku jednocześnie w Oddziale II SG. Współorganizator spotkania trzech Józefów (Piłsudskiego, Hallera, Muśnickiego) w Kaliszu (27 V 1919). Oficer łącznikowy SG z aliancką Misją Plebiscytową w czasie Plebiscytu Warmińsko-Mazurskiego w lipcu 1920 roku. W czasie wojny bolszewickiej w 1920 roku oficer łącznikowy z Misją Wojskową pod dowództwem generała Maxime Weyganda (z kapitanem Ch. de Gaulle) – odznaczony za walki z bolszewikami Krzyżem Walecznych. W 1921 roku delegowany ze SG do likwidacji Straży Mazurskiej i Zachodniej Straży Obywatelskiej. Od 1922 roku attache morski w Komisariacie Generalnym RP w Wolnym Mieście Gdańsk. Następnie od 1923 roku Konsul RP w Monachium. Po powrocie do Gdańska w 1925 roku, formalnie przeniesiony do rezerwy (ale nie wycofany ze struktur „Dwójki”), dyrektor firmy „Bałtyk” (Gdański Handel Zamorski), dyrektor Targów Gdańskich, sekretarz generalny Gminy Polskiej w Gdańsku, dyrektor biura ogłoszeń i reklam „Polanonce”, redaktor naczelny „Gazety Gdańskiej”, korespondent dzienników: „Polonia” (Katowice) i „Rzeczpospolita” (Warszawa), „Kurier Warszawski” i „Kurier Poranny”. Po przewrocie majowym w 1926 roku wezwany przez Józefa Becka do Warszawy, obejmuje stanowisko prokurenta Polskiej Agencji Telegraficznej (PAT) na mocy porozumienia z Rządem RP i przy pełnej akceptacji Premiera Kazimierza Bartla (wcześniej odmawia przyjęcia stanowiska wojewody pomorskiego). W PAT zajmuje później stanowiska dyrektora oddziałów ogłoszeń i reklamy, wydawnictw, filmowego oraz stanowisko wicedyrektora agencji (od 1929 roku) nieprzerwanie (jako jedyny z wielu oficerów Dwójki w dyrekcji PAT) do momentu aresztowania przez Gestapo w październiku 1939 roku. Prawdopodobnie jeden z najbardziej zaufanych oficerów Oddziału II SG i współpracowników Józefa Becka przez cały okres do wybuchu II Wojny Światowej. W 1928 roku zakłada Polski Związek Reklamowy w Warszawie oraz Kontynentalny Związek Reklamy w Paryżu, członek Rady Administracyjnej Międzynarodowego Związku Reklamy (IAA) z siedzibą w Nowym Yorku. Prowadzi wykłady z dziedziny reklamy w Instytucie Naukowej Organizacji oraz jest profesorem Wyższej Szkoły Dziennikarskiej w Warszawie. Od 1930 roku członek Rady Naczelnej Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism. Inicjuje Koło Artystów Grafików Reklamowych – w latach 1935 i 1938 wydaje dwa „Roczniki” tego koła. Jest autorem wielu publikacji z dziedziny propagandy i reklamy, redaguje miesięcznik „Reklama” (od 1929 roku). Od roku 1936 członek warszawskiego oddziału „Rotary Club”. W roku 1937 odznaczony Francuska Legią Honorową oraz Krzyżem Niepodległości, Polonią Restituta i Złotym Krzyżem Zasługi. Od 1928 roku we władzach Yacht-Klubu Polski oraz Polskiego Związku Żeglarskiego. W czasie obrony Warszawy w 1939 roku, odpowiedzialny za budynki PAT oraz Pałac Namiestnikowski. Po odmowie prowadzenia PAT dla Niemców aresztowany przez Gestapo 16 X 1939, osadzony w więzieniu na Daniłowiczowskiej, potem w kwietniu i maju 1940 roku na Pawiaku. Od 1941 roku praca pedagoga, jawna i konspiracyjna. Od sierpnia 1944 do maja 1945 roku w jenieckim obozie pracy fabryki IG Farben w Rottweil. Po powrocie do kraju zakłada firmę „Sztuka i Reklama” – „SiR” atelier u Braci Jabłkowskich. Od 1946 roku Redaktor Naczelny Wydawnictw Morskich w Lidze Morskiej („Morze”, „Młodzież Morska”, „Gazeta Morska”). W 1948 roku Przewodniczący Sekcji Wodnej Wystawy Ziem Odzyskanych we Wrocławiu. W latach 1950-1955 kierownik Wydawnictw Bankowych w Banku Gospodarstwa Krajowego (potem przemianowanego na Bank Inwestycyjny). W 1955 doradca Prezesa Polskiej Izby Handlu Zagranicznego oraz doradca d/s. reklamy Dyrektora Państwowego Wydawnictwa Naukowego. W 1955 członek-założyciel Klubu Marynistów Polskich. Po 1955 roku Przewodniczący Rady Programowej Przedsiębiorstwa Usług Reklamowych „Reklama” oraz doradca Rady Programowej Reklamy w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego. Od 1946 roku zaangażowany przy reaktywacji Yacht-Klubu Polski i Polskiego Związku Żeglarskiego – pracuje jako sędzia regatowy oraz jest we władzach obu związków do końca życia. Odznaczony złotą odznaką „Zasłużonego Pracownika Morza” i złotą odznaką „Zasłużonego dla Żeglarstwa Polskiego”.


© Autor: Ludwik Juliusz Zakrzewski