Wywiad z nieobecnym

Ten najdobroduszniejszy z Szatanów kochał swoje szataniątka, swoje dzieci...

SMUTNY SZATAN

z Tadeuszem Boy'em - Żeleńskim "rozmawia" Autorka

- Witam. Pragnę porozmawiać na temat Stanisława Przybyszewskiego. Słyszałam o grupie literatów skupiających się wokół niego. Chciałabym się czegoś o nich dowiedzieć.
- "Przybyszewszczycy" to była raczej sekta niż szkoła literacka. Nie było [wśród nich - dop. M.] ani jednego "firmowego literata". Dobór otoczenia odbywał się wedle całkiem innych kategorii: to były, jeżeli można tak powiedzieć, dzieci Szatana. Takie sobie niewinne dzieci, dzieciątka. *
- "Dzieci Szatana"? Ciekawe określenie. Mógłby Pan powiedzieć coś więcej na ten temat?
- Stach kochał ludzi bez talentu, bo wiedział, że tragedia ich jest szczera, a właśnie tragedia była dla niego wszystkim. Ten najdobroduszniejszy z Szatanów kochał swoje szataniątka. On potrzebował mieć, bodaj z imitacji, swoją zgraję, którą się bawił po trosze i którę on czarował i bawił wzajem. To był teatr, z którego co jakiś czas wynoszono prawdziwe trupy.
- Wspominał Pan, że tragedia była dla niego wszystkim...
- Och tak! Orzybyszewski był człowiekiem głęboko nieszczęśliwym. Nie przez warunki życia: nieszczęście tkwiło w nim organicznie. On tej atmosfery nieszczęścia, tego ocierania się niemal o zbrodnię, potrzebował. Ten głęboko dobry człowiek był straszliwym niszczycielem.
- W jednym ze swych felietonów nazwał Pan Przybyszewskiego smutnym szatanem. Jaki był w życiu prywatnym?
- Mimo że w pismach swoich - poza osławionym "he, he" - tego nie ujawniał, miał diabelskie poczucie humoru. Umiał prowadzić sokratycznie dialog, wywieść rozmówcę na manowce i zostawić go na nich parsknąwszy śmiechem. Szyderstwem wypalał wszystko jak żrącym kwasem. Niepokoił jakimś bolesnym cynizmem, a zarazem przykuwał do siebie sekretną magią słów.
- Mówi się, że był on uzależniony od alkoholu i... muzyki. Był Pan jednym z "dzieci szatana". Proszę więc powiedzieć, jak to było z tymi nałogami?
- Mówić o oddziaływaniu Przybyszewskiegonie mówiąc o alkoholu to byłoby tyle, co pisać dzieje Napoleona, a nie wspomnieć o wojsku. Muzyka brzmiała w domu Przybyszewskich ciągle. Alkohol wypity z nim miał tajemniczy smak, stopiony w jeden eliksir z muzyką, był jak gdyby esencją "dionizyjskiego" elementu sztuki Stacha. Nie darmo wypisywaliśmy wówczas na flaszkach wiśniówki: "Będziecie jako Bóg, znający dobre i złe".
- Skoro mówimy o pisaniu na flaszkach... słyszałam o sentencjach podczas picia.
- Stach nigdy nie pił bez motta. Każdy dzień, każda godzina - niemal każdy kieliszek - miały swoje motto. Zależnie od takstu, wódka zmieniała swój smak. "Pijcie aż dusza wykipi" ileż razy powtarzało się za nim to motto ze wspaniałej "Pieśni pijackiej" Dehmla!
- Jak Pan ocenia wkład Przybyszewskiego w sztukę?
- Wypełnił jedną rolę. Obudził poczucie tragizmu życia, sztuki. Ten książę ciemności był pierwszym, który pochylał się nad wszystkimi przepaściami życia, nad otchłanią nieszczęścia i zbrodni, nie jako pisarz, ale wręcz jako człowiek, który każde słowo płacił krwią swoją i - cudzą. I to jest arcyważne do zrozumienia wpływu Przybyszewskiego. Nie jego programy, "absoluty" i "nagie dusze" porywały, ale on sam, ten opar demonizmu, ten narkotyk, który sprzedawał.
- Może Pan na zakończenie opowiedzieć o wizerunku jaki po sobie pozostawił?
- Dla Niemców, tych co go pamiętają, którzy pisali o nim po jego śmierci, pozostał owym światoburczym opętanym Stachem. I u nas trzeba by wydostać jego prawdziwą twarz spod nalotów. Twarz smutnego szatana, twarz udręczonego bez miary człowieka, twarz wielkiego poety.

* wszystkie odpowiedzi są cytatami ze zbioru felietonów T. Żeleńskiego "Reflektorem w mrok"

 

© Autor: Katarzyna Hofbauer